Nie wiem jak zacząć. Wiele myśli kłębi się po głowie. Ileż musiało się wydarzyć po drodze, abym mógł pojechać do Tartu na pół roku, wrócić do Polski i po jedenastu latach powrócić na ulice tak dobrze mi znajome, pod fontannę całujących się studentów.
W ostatnim wpisie na tym blogu podzieliłem się przypuszczeniem, że już więcej tak beztroskiego okresu w moim życiu nie zaznam - i póki co się sprawdza. Ten stan, w którym codziennie rano budzisz się bez poczucia istniejących obowiązków jest niezwykle miłym - nawet jeśli niekiedy mało rozwijającym.
PLANOWANIE
Myśl o tym, żeby wrócić do Tartu była ze mną właściwie od dnia wyjazdu. To miasto, te ulice, te miejsca pojawiały się często w snach, będąc świadectwem jak mocno ten okres zapisał się w mojej pamięci i podświadomości. Ale zakręty losu (a może niedostateczna determinacja?) wciąż oddalały mnie od powrotu. Aż w końcu, niejako "przy okazji", okazało się to nie tylko możliwe ale i sensowne. Weekendowa wyprawa dawała mało czasu do zagospodarowania i oznaczała spędzenie większości czasu w aucie - ale była możliwa. Noclegi kolejno w Kownie, Tartu i Suwałkach układały się w zgrabną całość umożliwiającą wyjazd w piątek po pracy i powrót (bardzo) rano w poniedziałek.
Czasowo się to spinało - ale fakt, że wynikiem tego planu jest jedynie jeden wieczór i jeden poranek w Tartu wymusił precyzyjne planowanie. Zrobiłem listę miejsc, które chciałbym odwiedzić, rzeczy, które trzeba koniecznie zakupić, aktywności, które należy wykonać. Potem, gdy przyszło do rezerwacji noclegów, okazało się, że można wynająć miejsce w akademiku przy Raatuse 22, tym samym, w którym się żyło pół roku. Ale to byłby chyba o jeden krok za daleko (no i trochę jestem za stary na warunki akademikowe). Zdecydowałem się więc na pokój kawałek dalej, na ulicy Pikk.
PRZYJAZD
Jest to poniekąd oczywiste ale dopiero jak byłem za kółkiem to dotarł do mnie oczywisty fakt, że przecież nie jechałem tędy autem będąc kierowcą. Owszem, przyjeżdżając do Dorpatu 11 lat temu przyjechało się na kołach - autobusem linii Ecolines ale będąc pasażerem niewiele się pamięta (a i jechaliśmy już po zachodzie słońca po estońskim terytorium). Podróżując po krajach bałtyckich człowiek zaczyna doceniać polskie drogi. Na Litwie wciąż budują, na Łotwie wciąż ludzie lasu są obecni. W Estonii nie ma się do czego przyczepić ale dwupasmowej drogi nie uświadczysz.Aronią losu jest też fakt, że akurat w 2024 Tartu jest europejską stolicą kultury (jedną z trzech: https://culture.ec.europa.eu/news/three-new-capitals-of-culture-in-2024). Zatem można powiedzieć, że uświetniłem to wydarzenie swoją obecnością.
![]() |
| Tartu Europejską Stolicą Kultury 2024 |
Klub Atlantis - zamknięty. W jego miejsce szkoła tańca
![]() |
| Atlantis stoi ale klubu wewnątrz brak |
WIECZÓR WSPOMNIEŃ
Cały dzień o dwóch batonach zatem pierwsze kroki do miejsca słynnego z racji podobno najwyższego sklepienia w pubach na świecie - Püssirohukelder (prochownia). Tutaj odbywały się za dawnych lat wieczory karaoke. Tym razem trafiłem na próbę zespołu metalowego. Ale też nakarmili i napoili. Powoli zaczęły powracać pojedyncze słowa w pięknym i śpiewnym języku estońskim. Wielki sentyment mam do tego języka, trudnego ale cudownego. Gdybym tylko mógł, cały swój pobyt erasmusowy spędziłbym na nauce. Ale administracyjne łańcuchy na to nie pozwalały.![]() |
| Prochownia |
Myślałem tylko o jedzeniu w pierwszych chwilach dlatego pierwszy akapit dotyczył Prochowni ale oczywiście pierwsze kroki postawiłem idąc drogą, którą przemierzałem najczęściej, od Raatuse 22, gdzie mieści się akademik, na główny plac miasta - Raekoja Plats. Tym razem - wokół posągu całujących się studentów powstało lodowisko, które się w późniejszych godzinach szybko zapełniło. Dodatkowym atrybutem był też duży napis i "okno" stworzone jak nic do instagramacji.
![]() |
| Lodowisko |
Zapomniałem odblasku, który jest obowiązkowy w Estonii więc szybko podreptałem z powrotem do bazy i przy okazji kawałek dalej, by zobaczyć czy słynny klub Illusion wciąż działa. Tak! Ten się uchował ale otwierał się dopiero o 23. O tej godzinie w moim wieku spodziewałem się, że będę bliżej końca wieczoru niż początku :P
![]() |
| Klub Illusion |
A skoro tak, to "na drugą nóżkę" jeśli chodzi o kulinaria postawiłem na studencki klasyk. Miejsce idealne jeśli wcześnie kończyłeś imprezę albo robiłeś podkład pod następną. Metro. Bar przede wszystkim z kanapkami. Najbliżej mu chyba do Subwaya, tylko, że lokalnie. Co za szczęście, że przetrwał trudne czasy pandemii! Widocznie Srovid nie spowodował, że studenci byli mniej głodni po alkoholu ;) Klasyczek, mała kanapka z grillowanym kurczakiem, parę warzywnych dodatków, smak wywołał wspomnienia imprez w pokojach akademika, nocnych powrotów. To magiczne miejsce sprawiało, że nawet wegetarianie jedli mięso.
![]() |
| Metro |
![]() |
| Kanapka z Metro |
![]() |
| Pahad Poisid |
![]() |
| Piwo "festiwalowe" |
Przedostatnie miejsce tego wieczora to Trepp. Czyli po estońsku schody. Nie ma trafniejszej nazwy dla lokalu, do którego prowadzą strome schody, będące wyzwaniem dla tych, którzy trochę za długo zabawili w tym miejscu. Lokal ten znany jest przede wszystkim z drinków na shoty i z niezwykle oryginalnych nazw tychże. Tym razem zdecydowałem się na "Gretę Thunberg", która wbrew nazwie, była wyjątkowo słodka.
W zasadzie we wszystkich tych miejscach (może oprócz ostatniego), było relatywnie pusto. Może to wina niesprzyjającej aury (choć przecież ludzi na lodowisku na głównym placu trochę było), może akurat trafiłem na przerwę między semestrami, może jeszcze co innego. Wszędzie czułem ducha przeszłości ale to było tylko niewyraźne echo. Żywe zapiski - ale przeszłości. To były miejsca dobrze mi znane, czułem się jak u siebie. Ale i obco zarazem - bo kontekst i okoliczności się tak bardzo zmieniły. Już nie należałem do tych miejsc w tym momencie w czasie.
Plan na wieczór został wypełniony w zasadzie w 100%. I z jednej strony świadczy to o dobrej organizacji. A z drugiej, wymagało to pośpiechu, który nie dawał aż tylu szans i czasu na kontemplację i zadumę.
PORANEK SPACERÓW I PONOWNYCH POŻEGNAŃ
Precyzyjne planowanie miało również to do siebie, że udało się wstać ze względnie lekką głową, co było szczególnie pożyteczne z racji planowanych długich zakupów i jeszcze dłuższej podróży z powrotem do Polski.
Poranek przywitał przepiękną pogodą, bezchmurnym niebem, trzeszczącym pod butami śniegiem. Plan był mniej napięty niż dnia poprzedniego i pozostawiał pewne pole manewru. Chciałem tylko się "gdzieś" przejść i zjeść śniadanie w pewnym legendarnym miejscu.
![]() |
| Most Aniołów |
![]() |
| Most Diabłów |
Skoro "przejść się" to czemu nie na dworzec - kilkukrotnie przemierzałem tę trasę korzystając później z usług estońskiej kolei (zdecydowanie bardziej niezawodnej niż polska), dystans akuratny, żeby się obudzić i rozruszać z rana przed długim powrotem. Na trasie tej widać i samo centrum i typową niską drewnianą zabudowę i, co ważne, ruiny katedry, które chciałem odwiedzić jako że stanowią monumentalną oś całego miasta.
![]() |
| Dworzec w Tartu |
W pewnym momencie byłem zupełnie sam, w zasięgu wzroku kompletnie nikogo i ponownie nostalgia wdarła się do głowy i serca, znów poczułem tęsknotę za tym językiem, beztroską, młodzieńczym zapałem. To znów echo przeszłości i mojego zakochania się w tym miejscu.
Cudowna (rzadko spotykana) pogoda się utrzymywała cały spacer, na samym dworcu akurat odjeżdżał pociąg do Tallinna (najpopularniejsze połączenie oczywiście) ale tym razem nie wsiadłem ;) W toalecie wciąż złote klamki obecne, a sam kibel - darmowy.
![]() |
| Pociąg do Tallinna |
Spacer spełnił swoje zadanie, głowa się przewietrzyła, umysł orzeźwił, a żołądek upomniał się o śniadanie. A skoro śniadanie, to nigdzie indziej tylko w najstarszej kawiarni w mieście, jeszcze z XIX wieku - Werner, wystrojonej na styl cesarstwa austro-węgierskiego. Tutaj też czas się zatrzymał, cudowne wypieki na i w gablocie, ślinka cieknie i znów najtrudniejsze wybory! Co wybrać, co zostawić! Ach, dylematy! Po dłuższej chwili się jednak zdecydowałem i delektowałem się słusznym wyborem (Grand Cru Sacher i kardamonka).
![]() |
| Kawiarnia Werner |
![]() |
| i jej wnętrza |
Po śniadaniu jeszcze rzut oka na główny budynek uniwersytecki, który jest tuż obok (w którym jednak zbyt często nie bywałem). W drodze do auta zajrzałem jeszcze do jednego miejsca, dość charakterystycznego dla studenckiej braci. Na tyłach sklepu Selver obok akademika, znajdował się legendarny automat do segregacji pustych butelek. Mechanizm prosty: pustą butelkę/puszkę skanujesz, wrzucasz do tuby, w zamian dostajesz świstek, który obniża ci cenę rachunku w sklepie. Jak się można domyślić, po weekendach w akademiku automat był przepełniony, a zapach wewnątrz małego pokoiku z automatem - nie do pomylenia :D Okazało się, że automat wciąż stoi i ma się dobrze! Zapach również niezmienny :D
![]() |
| Zapach nie do opisania |
Następnie przyszedł czas na ostatni blok tego sentymentalnego wyjazdu, a mianowicie...
ZAKUPY
Jako osoba doświadczona w materii wiedziałem co warto, a czego nie kupować. Co jest dostępne łatwo gdzie indziej i można zignorować, co jest dostępne gdzie indziej - ale nie wypada nie zabrać, a co jest niedostępne i trzeba kupić koniecznie.
Do tej trzeciej kategorii na pewno należy kultowa, niezwykle ostra musztarda chrzanowa Sinep (co dosłownie oznacza "musztarda" po estońsku ale warto przeczytać tę nazwę od tyłu) oraz Kama, czyli zestaw prażonych zbóż estońskich najczęściej mieszanych z nabiałem płynnym (kefir, maślanka) co niniejszym czynię pisząc te słowa.
Oprócz tego słodki przysmak jogurtowy w formie małych batonów - kohuke, mocno rumowe kuleczki rummikook, ciemny chleb, czekolady Kalev (lokalny producent), gotowe zupy, które były podstawą diety studenckiej, soki z granatu i żurawiny, z alkoholi mocnych Vana Tallinn w nowej odsłonie i wódka z wyspy Saaremaa.
Oprócz rzeczy typowo spożywczych zakupiłem też parę pamiątek sobie (szalik!) i znajomym. Niektóre z historią, niektóre bez żadnego trybu. Swoją drogą, zdążyłem zapomnieć, że na środku centrum handlowego w którym byłem (Lõunakeskus - największe centrum w południowej Estonii) jest pełnowymiarowe lodowisko! Przecież to genialne! Można w przerwie od zakupów popatrzeć jak ambitni łyżwiarze wywalają się przy próbach skoków!
Wychodząc poczułem się trochę, jakbym przejechał dwa dni tylko po to, żeby zrobić zakupy spożywcze. Dwie duże siaty wypchane dobrami. Ale tak miało być i nie żałuję niczego.
PODSUMOWANIE
Chyba nie tylko ja tak mam, że gdy w głowie gra wam uporczywie jakaś piosenka, to najlepszym lekarstwem aby ją stamtąd wydostać jest po prostu jej posłuchanie. Może z Tartu będę miał podobnie, miasto, które w różnych interwałach powracało w moich snach teraz już się tam pojawiać nie będzie. Może w mojej głowie i pamięci uległo zdemitoligizowaniu. Ale ponownie opuszczając granice miasta, chciałoby się tam wrócić - choć może nie tak już, zaraz, od razu. Niech znów się za tym miejscem zatęskni. I tym razem wrócić tam bez presji czasu.
Do zobaczenia Tartu, heade mõtete linn.
![]() |
| Budynek główny Uniwersytetu |
P.S. A w głowie grało oczywiście to:























































