czwartek, 22 listopada 2012

Burżuje na statku

Dawno dawno temu, jeszcze na początku semestru postanowiliśmy przeznaczyć ciężko wyłudzony od uczelni piniondz na coś szalonego i drogiego. Wybór był szeroki, więc zastanowiliśmy się poważnie: wycieczka do Rosji - 300 euro, wywalanie dodatkowych pieniędzy na wizę, sami możemy to sobie zorganizować taniej, więc NIE; wycieczka do Laponii - dwie noce spędzone w autokarze, jakaś kosmiczna cena, 20 euro za zdjęcie ze św. Mikołajem, możemy pojechać tam sami, więc też NIE. Aż pojawiła się TA oferta - organizowana przez ESN wycieczka promem z Tallinna do Sztokholmu i z powrotem, w której biorą udział erasmusowi studenci z Estonii, Łotwy, Litwy, Szwecji, Finlandii i Danii, znana również pod nazwą "Sea Battle". Taka okazja się często nie zdarza, cena też niespecjalnie zatrważająca, pomyśleliśmy więc: "Bierzemy". Oczywiście uprzednio sprawdziliśmy w Internecie co to za prom ( zbudowany przez Finów; Sebastian mówi, że się na tym znają, więc uff), sprawdziliśmy potencjalne trajektorie najbliższych gór lodowych (poza zasięgiem Bałtyku, więc uff) oraz obliczyliśmy prawdopodobieństwa występowania na trasie rejsu sztormów, tajfunów i huraganów (tajfuny i huragany zdecydowanie odpadły, więc uff).

I w tę niedzielę nadszedł dzień naszej wyprawy. Wraz ze sporą grupą studentów Uniwersytetu w Tartu załadowaliśmy się do autokarów i ruszyliśmy do Tallinna, skąd wypływał nasz prom. Po zaparkowaniu pod terminalem D, przejściu przez odprawę i dojściu do rękawa, okazało się, że bydlę jest ogromne i dość luksusowe, przynajmniej jak na moje standardy. Wiedziałam z opisu, że posiada toto 9 pięter, miliard restauracyjek, sklep bezcłowy i supermarket, ale widok chociażby TIRów wjeżdżających na pokład tudzież kryształowe lustra w korytarzach sprawiły, że szczęka ma nieco opadła. Nasza kabina znajdowała się na piątym pokładzie i była niczego sobie, ale najważniejsze, że posiadała telewizor - magiczny artefakt, z którym właściwie nie miałam styczności od przyjazdu na Erasmusa. Nasyciwszy nasze oczy kolorowymi obrazkami, udaliśmy się na zwiedzanie statku oraz do supermarketu celem zakupu wysokoprocentowych pamiątek z podróży (niestety mieli promocję Absoluta i zdecydowanie za dużo nań wydaliśmy; chyba przywiozę rodzicom na święta). Po oficjalnym powitaniu przez ESN, równo o 18 prom wyruszył z portu. 

Nasza kabina w całej krasie
Niekończące się korytarze...

I tu zaczęły się schody: otóż gdy wypłynęliśmy na pełne morze, spostrzegłam, że prom się buja i to mocno. Nigdy przenigdy nie miałam choroby lokomocyjnej, a każdą podróż samolotem, pociągiem, czy samochodem odbywałam bez najmniejszych dolegliwości. Nawet wyprawa promem z Gdyni na Hel i z powrotem nie powodowała u mnie żadnych problemów, ale fakt, to była tylko zatoka, natomiast tutaj już morze pełną gębą. Mój błędnik zwariował, a żołądek zawiązał się w supełek i postanowił ulokować się gdzieś w okolicach gardła. Tym gorsza sytuacja, że wieczorem przewidziany był darmowy bufet "All you can eat and drink". I tak Sebastian (nieodczuwający żadnych dolegliwości) zaserwował sobie trzy dokładki plus deser plus cydr, a ja wcisnęłam w siebie tortillę z niewielką ilością warzywek. Szczęście całe, że w końcu udało mi się kupić w recepcji lekarstwo na chorobę morską i moja karuzela w głowie się uspokoiła (bo inaczej chyba całą noc wyłabym do księżyca). Resztę wieczoru spędziliśmy na oglądaniu koncertu Queen, który wyświetlany był w jednym z klubów oraz lekkim imprezowaniu z naszymi współlokatorami z kabiny.

Gdy wpłynęliśmy między wysepki Szwecji morze znacznie się uspokoiło i pozostałą część nocy mogłam przespać spokojnie. O 10 rano czasu szwedzkiego nasz prom wpłynął do Sztokholmu. Zaraz po zacumowaniu wyruszyliśmy na małe zwiedzanie. Pierwszy mini-szok: bilet jednorazowy w metrze kosztował 44 korony (czyli ok. 22 zł), drugi mini-szok: kebab kosztował ok. 60 koron (czyli 30 zł). Jednak poza mini-szokami cenowymi, zwiedzanie bardzo mi się podobało. Nawet nie umiem tego dobrze opisać, ponieważ miasto jest absolutnie przepiękne i byłam nim zachwycona, w dodatku trafiła nam się słoneczna, bezchmurna pogoda. Spacerowaliśmy uliczkami starego miasta, byliśmy w centrum, widzieliśmy Pałac Królewski, przeszliśmy się niejednym mostem. Szkoda mi tylko, że w Sztokholmie byliśmy 4-5 godzin i nie mieliśmy czasu w pełni nacieszyć się tym miastem. Zdecydowanie chciałabym tam wrócić na dłużej, żeby zobaczyć więcej i jakoś ukoić ten niedosyt. I wiem, że wrócę!


Sebastian znalazł poduszkę. Brawo!
Dumny kowboj na swym rumaku
Moje ulubione zdjęcie ze Sztokholmu
Tunnelbana
To duże kolorowe to nasz prom
Bye bye, Stockholm...
Wróciliśmy na prom, pokręciliśmy się tu i tam (a było gdzie, bo przestrzeń spora) oraz odkryliśmy, że wstęp na saunę i basen (tak, ten prom posiadał i takie burżujskie rozrywki) jest śmiesznie tani. Po wypłynięciu promu z portu (które oglądaliśmy z tarasu na dziesiątym pokładzie), postanowiliśmy udać się właśnie tam. I tak: wylewaliśmy z siebie siódme poty, żeby zaraz potem oblać się zimną wodą, nie mówiąc już o tym, że pluskaliśmy się w basenie. Żyć nie umierać (zwłaszcza dla mnie, ponieważ uwielbiam saunę odkąd tylko pierwszy raz spróbowałam). Nadmienię również, że Sebastian był w saunie pierwszy raz i nowe doznania ocenił pozytywnie. Odprężeni i wypoczęci zaczęliśmy imprezę (tym razem miałam pod ręką lek na chorobę morską, więc żadne fale nie były mi straszne). Cały statek właściwie był jedną wielką imprezą - setki studentów bawiących się nie tylko w klubach i restauracjach, ale nawet na korytarzach. Ogólnie niezłe szaleństwo. Gdy postanowiliśmy zakończyć nasze imprezowanie, grzecznie udaliśmy się do naszej kabiny spać, a obudziliśmy się gdy nasz statek cumował już w Tallinnie.

To była zdecydowanie świetna i niezapomniana przygoda i mimo pewnych trudności nie żałuję, że wybrałam się na ten rejs. Były to też najlepiej wydane pieniądze na tym Erasmusie. Za 95 euro przepłynąć się dużym wypasionym wycieczkowcem? Zdecydowanie tak! Ludzie płacą niemałe pieniądze za taki rejs, a nam trafiła się wyśmienita okazja i przy okazji super się bawiliśmy.

A do Rosji i Laponii na pewno się wybierzemy na własną rękę, więc jak to mówią "stay tuned" :)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Żeby Polska była Polską

Tak się złożyło, że miniony tydzień okazał się bardzo "polski". Zaczynając od końca, należy wspomnieć o Dniu Niepodległości, który przypadł w niedzielę. Po raz pierwszy przeżyłem go na obczyźnie ale, o dziwo, nie miało to większego wpływu na marsze kolejnych grup zainteresowanych "świętowaniem".

Jednakże najważniejszym wydarzeniem był przyjazd oczekiwanych gości z Warszawy, grupy desantowej złożonej z trzech moich kolegów. Nie obijając się, od razu w dniu przyjazdu wzięliśmy się za organizowanie nieoficjalnego polskiego wieczoru, który udał się znakomicie. Zagraniczni goście wychwalali polskie dania (żurek! ogórki kiszone!) i polskie nalewki (pigwa! sosna! malina! aronia!). Szanując (częściowo) sąsiadów przed północą wyruszyliśmy do znanego lokalnie klubu Illusion w którym zabawiliśmy do późnych godzin nocnych. Zasnęliśmy szybko, pomimo ciasnoty. Trudny poranek nie zniechęcił nikogo (prócz Gosi, która postanowiła spać do 15), zatem udaliśmy się na zwiedzanie miasta połączone z obfitym śniadaniem w renomowanym lokalu o mocno angielskim charakterze. Szanowni goście chwalili sobie walory architektoniczne miasta, jak również byli zadowoleni z oferty kulturalnej. Zwrócili także uwagę na różnice w wielkości estońskich rond (większe) i znaków drogowych (mniejsze). Wieczorem udaliśmy się na akademikową imprezę urodzinową, gdzie przy suto zastawionym stole cieszyliśmy się międzynarodowym towarzystwem i twórczą atmosferą. Następnie urządziliśmy sobie krótki pub crawl. Pomysły pójścia do kasyna lub klubu nocnego zostały odrzucone zwykłą większością głosów. Kolejny poranek był lżejszy na głowie, lecz cięższy na sercu, gdyż rozstań nadszedł czas. Być może dobrze, że taki przyjazd pozostawia niedosyt, gdyż pozostaje chęć do tego, by kiedyś, w odległej przyszłości wrócić do danego miejsca. A może to impuls do poznawania nowych miejsc?

W środę natomiast odbył się oficjalny polski wieczór w pubie/klubie znajdującym się nad dworcem autobusowym. Naszym zadaniem było przygotowanie jajek z majonezem i szczypiorkiem i ziemniaków ze skwarkami i koperkiem. Efekt końcowy był imponujący, 25 kg ziemniaków przerobionych i kilka pojemników zostało zaniesionych na miejsce spotkania. Dzięki współpracy poczty polskiej i estońskiej mieliśmy też do dyspozycji biało-czerwoną kredkę, z której chętnie korzystali goście (których było ok. 70). Cudów cud, ale po studenckiej nomen omen imprezie okazało się, że ZOSTAŁO JEDZENIE. Cóż było robić, zjedliśmy to co zostało w kolejnych dniach (z nieukrywanym zadowoleniem). Sam polski wieczór miał swoje wzloty i upadki. Do plusów na pewno należy zaliczyć konkurs językowy, serwowane jedzenie i atmosferę. Do minusów polskie podziały i niekonsultowane interwencje zewnętrzne. Koniec końców jednak byliśmy dumni z tego, że mogliśmy zaprezentować swój kraj w pozytywnym świetle. Niech przyjeżdżają do nas i zostawiają swoje pieniądze! 




 A sami do Polski wracamy 20 grudnia.

poniedziałek, 5 listopada 2012

I znów mam 5 lat

Cały śnieg stopniał i Estonia obecnie pokazuje nam swoje szare, brzydkie i deszczowe oblicze. Co więcej, dopadły nas obowiązki naukowe. Przez cały zeszły tydzień byłam zmuszona do pisania eseju, na temat którego kompletnie nie miałam pojęcia. Ale jak to mówią: służba nie drużba. Na całe szczęście, po godzinach walk (ze sobą, z weną, ze źródłami, ze współautorem bloga, z Wordem oraz z całym światem), esej został napisany i wysłany, a ja mogłam zająć się tym, co lubię najbardziej - obiboctwem.

Z przyjemniejszych rzeczy, w zeszłym tygodniu udaliśmy się na wyprawę do Muzeum Zabawek w Tartu. Muzeum znajduje się przy jednej z wąskich uliczek starego miasta i mieści się w trzech pięknie zachowanych starych drewnianych domach, których dużo można spotkać w okolicach centrum. Nawiasem mówiąc, jestem zachwycona tą architekturą, bo wygląda pięknie; domy są pomalowane kolorowo (często w dwóch kolorach, np. ramy okien, futryny ciemniejszym odcieniem, reszta elewacji jaśniejszym) i dzięki temu nawet szary i deszczowy dzień nabiera kolorytu.

Ale wracając do muzeum: domy, w których się ono znajduje są ze sobą połączone, więc bez problemu można przejść z jednego do drugiego. Hmmm, może nie bez problemu, ponieważ w muzeum jest tyle pomieszczeń, zakamarków, przejść, że bez przewodnika łatwo się tam zgubić. Widać, że jest to miejsce stworzone z myślą o dzieciakach: toalety są mikroskopijne, a umywalki na wysokości połowy moich ud, jest kącik z grami planszowymi, teatrzyk kukiełkowy, poddasze jednego z domów zostało przerobione na "małpi gaj" z zabawkami, a wszystko to, co nie za szybką, można wziąć do ręki. Pomieszczenia zostały podzielone tematycznie: od starych porcelanowych lalek, poprzez szmaciane lalki i pluszaki wszelkiej maści, po zupełnie współczesne zabawki. Wszystkich eksponatów było tyle, że aż chciało się dłużej wzrok zawiesić na każdym z nich, ale wtedy chyba nie wyszlibyśmy z muzeum do wieczora. Wśród tej gigantycznej ilości zabawek sami poczuliśmy się jak dzieci i po skończonym oficjalnym zwiedzaniu z przewodniczką zostaliśmy w muzeum jeszcze pół godziny, wgapiając się chciwie w fantastyczne eksponaty i grając w gry planszowe. W końcu głód i perspektywa obiadu do zrobienia wygoniła nas stamtąd. Mam ochotę pójść tam raz jeszcze, bo wydaje mi się, że nie obejrzałam wszystkiego, a już na pewno nie tak dokładnie jak bym chciała.


Monsieur le chat
Misiowa herbatka
Pikachu w doborowym towarzystwie
Creepy Misha

I znowu natrafiliśmy na polski akcent: książki o Królu Maciusiu Pierwszym, zarówno w wersji polskiej, jak i estońskiej, tłumaczone i wydane w Estonii we współpracy w polską ambasadą.W gablocie, którą można roboczo nazwać "zabawki świata", znajdował się natomiast krakowski Lajkonik.

Jeszcze a propos Polski: w tę środę współorganizujemy wieczór polski w Tartu i aby lepiej zapoznać cudzoziemców z naszą kulturą, postaraliśmy się, aby na imprezie można było spróbować również co nieco polskiego jedzenia. A że ktoś (czytaj: organizatorzy) musi je przygotować, to po dzisiejszych zakupach spożywczych (na szczęście na koszt tutejszego ESN-u) w naszym pokoju/lodówce zagościło: 25 kg ziemniaków, 70 jajek, dwie butle majonezu, 2 kg boczku/słoniny, 3 pęczki szczypiorku i dwie kostki masła. Czeka nas ciężka środa.