I w tę niedzielę nadszedł dzień naszej wyprawy. Wraz ze sporą grupą studentów Uniwersytetu w Tartu załadowaliśmy się do autokarów i ruszyliśmy do Tallinna, skąd wypływał nasz prom. Po zaparkowaniu pod terminalem D, przejściu przez odprawę i dojściu do rękawa, okazało się, że bydlę jest ogromne i dość luksusowe, przynajmniej jak na moje standardy. Wiedziałam z opisu, że posiada toto 9 pięter, miliard restauracyjek, sklep bezcłowy i supermarket, ale widok chociażby TIRów wjeżdżających na pokład tudzież kryształowe lustra w korytarzach sprawiły, że szczęka ma nieco opadła. Nasza kabina znajdowała się na piątym pokładzie i była niczego sobie, ale najważniejsze, że posiadała telewizor - magiczny artefakt, z którym właściwie nie miałam styczności od przyjazdu na Erasmusa. Nasyciwszy nasze oczy kolorowymi obrazkami, udaliśmy się na zwiedzanie statku oraz do supermarketu celem zakupu wysokoprocentowych pamiątek z podróży (niestety mieli promocję Absoluta i zdecydowanie za dużo nań wydaliśmy; chyba przywiozę rodzicom na święta). Po oficjalnym powitaniu przez ESN, równo o 18 prom wyruszył z portu.
| Nasza kabina w całej krasie |
| Niekończące się korytarze... |
I tu zaczęły się schody: otóż gdy wypłynęliśmy na pełne morze, spostrzegłam, że prom się buja i to mocno. Nigdy przenigdy nie miałam choroby lokomocyjnej, a każdą podróż samolotem, pociągiem, czy samochodem odbywałam bez najmniejszych dolegliwości. Nawet wyprawa promem z Gdyni na Hel i z powrotem nie powodowała u mnie żadnych problemów, ale fakt, to była tylko zatoka, natomiast tutaj już morze pełną gębą. Mój błędnik zwariował, a żołądek zawiązał się w supełek i postanowił ulokować się gdzieś w okolicach gardła. Tym gorsza sytuacja, że wieczorem przewidziany był darmowy bufet "All you can eat and drink". I tak Sebastian (nieodczuwający żadnych dolegliwości) zaserwował sobie trzy dokładki plus deser plus cydr, a ja wcisnęłam w siebie tortillę z niewielką ilością warzywek. Szczęście całe, że w końcu udało mi się kupić w recepcji lekarstwo na chorobę morską i moja karuzela w głowie się uspokoiła (bo inaczej chyba całą noc wyłabym do księżyca). Resztę wieczoru spędziliśmy na oglądaniu koncertu Queen, który wyświetlany był w jednym z klubów oraz lekkim imprezowaniu z naszymi współlokatorami z kabiny.
Gdy wpłynęliśmy między wysepki Szwecji morze znacznie się uspokoiło i pozostałą część nocy mogłam przespać spokojnie. O 10 rano czasu szwedzkiego nasz prom wpłynął do Sztokholmu. Zaraz po zacumowaniu wyruszyliśmy na małe zwiedzanie. Pierwszy mini-szok: bilet jednorazowy w metrze kosztował 44 korony (czyli ok. 22 zł), drugi mini-szok: kebab kosztował ok. 60 koron (czyli 30 zł). Jednak poza mini-szokami cenowymi, zwiedzanie bardzo mi się podobało. Nawet nie umiem tego dobrze opisać, ponieważ miasto jest absolutnie przepiękne i byłam nim zachwycona, w dodatku trafiła nam się słoneczna, bezchmurna pogoda. Spacerowaliśmy uliczkami starego miasta, byliśmy w centrum, widzieliśmy Pałac Królewski, przeszliśmy się niejednym mostem. Szkoda mi tylko, że w Sztokholmie byliśmy 4-5 godzin i nie mieliśmy czasu w pełni nacieszyć się tym miastem. Zdecydowanie chciałabym tam wrócić na dłużej, żeby zobaczyć więcej i jakoś ukoić ten niedosyt. I wiem, że wrócę!
| Sebastian znalazł poduszkę. Brawo! |
| Dumny kowboj na swym rumaku |
| Moje ulubione zdjęcie ze Sztokholmu |
| Tunnelbana |
| To duże kolorowe to nasz prom |
| Bye bye, Stockholm... |
To była zdecydowanie świetna i niezapomniana przygoda i mimo pewnych trudności nie żałuję, że wybrałam się na ten rejs. Były to też najlepiej wydane pieniądze na tym Erasmusie. Za 95 euro przepłynąć się dużym wypasionym wycieczkowcem? Zdecydowanie tak! Ludzie płacą niemałe pieniądze za taki rejs, a nam trafiła się wyśmienita okazja i przy okazji super się bawiliśmy.
A do Rosji i Laponii na pewno się wybierzemy na własną rękę, więc jak to mówią "stay tuned" :)
