Jednakże najważniejszym wydarzeniem był przyjazd oczekiwanych gości z Warszawy, grupy desantowej złożonej z trzech moich kolegów. Nie obijając się, od razu w dniu przyjazdu wzięliśmy się za organizowanie nieoficjalnego polskiego wieczoru, który udał się znakomicie. Zagraniczni goście wychwalali polskie dania (żurek! ogórki kiszone!) i polskie nalewki (pigwa! sosna! malina! aronia!). Szanując (częściowo) sąsiadów przed północą wyruszyliśmy do znanego lokalnie klubu Illusion w którym zabawiliśmy do późnych godzin nocnych. Zasnęliśmy szybko, pomimo ciasnoty. Trudny poranek nie zniechęcił nikogo (prócz Gosi, która postanowiła spać do 15), zatem udaliśmy się na zwiedzanie miasta połączone z obfitym śniadaniem w renomowanym lokalu o mocno angielskim charakterze. Szanowni goście chwalili sobie walory architektoniczne miasta, jak również byli zadowoleni z oferty kulturalnej. Zwrócili także uwagę na różnice w wielkości estońskich rond (większe) i znaków drogowych (mniejsze). Wieczorem udaliśmy się na akademikową imprezę urodzinową, gdzie przy suto zastawionym stole cieszyliśmy się międzynarodowym towarzystwem i twórczą atmosferą. Następnie urządziliśmy sobie krótki pub crawl. Pomysły pójścia do kasyna lub klubu nocnego zostały odrzucone zwykłą większością głosów. Kolejny poranek był lżejszy na głowie, lecz cięższy na sercu, gdyż rozstań nadszedł czas. Być może dobrze, że taki przyjazd pozostawia niedosyt, gdyż pozostaje chęć do tego, by kiedyś, w odległej przyszłości wrócić do danego miejsca. A może to impuls do poznawania nowych miejsc?
W środę natomiast odbył się oficjalny polski wieczór w pubie/klubie znajdującym się nad dworcem autobusowym. Naszym zadaniem było przygotowanie jajek z majonezem i szczypiorkiem i ziemniaków ze skwarkami i koperkiem. Efekt końcowy był imponujący, 25 kg ziemniaków przerobionych i kilka pojemników zostało zaniesionych na miejsce spotkania. Dzięki współpracy poczty polskiej i estońskiej mieliśmy też do dyspozycji biało-czerwoną kredkę, z której chętnie korzystali goście (których było ok. 70). Cudów cud, ale po studenckiej nomen omen imprezie okazało się, że ZOSTAŁO JEDZENIE. Cóż było robić, zjedliśmy to co zostało w kolejnych dniach (z nieukrywanym zadowoleniem). Sam polski wieczór miał swoje wzloty i upadki. Do plusów na pewno należy zaliczyć konkurs językowy, serwowane jedzenie i atmosferę. Do minusów polskie podziały i niekonsultowane interwencje zewnętrzne. Koniec końców jednak byliśmy dumni z tego, że mogliśmy zaprezentować swój kraj w pozytywnym świetle. Niech przyjeżdżają do nas i zostawiają swoje pieniądze!
A sami do Polski wracamy 20 grudnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz