niedziela, 20 stycznia 2013

Akcenty rewolucyjne

Śpiewanie jest głęboko zakorzenione w kulturze estońskiej. Aktywność ta jest traktowana bardzo serio i nikogo nie dziwią tłumy na dorocznym festiwalu piosenki w Tallinnie czy Tartu. Tanel Padar, który lata temu wygrał Eurowizję, stał się narodowym symbolem i bohaterem. Skłonność do śpiewania wynika też z przyczyn historycznych - w czasach, gdy Estonia była częścią ZSRR, festiwale piosenki estońskiej były miejscem manifestowania swojej przynależności etnicznej i kulturowej - było to zarzewie późniejszych ruchów niepodległościowych w Estonii. O tym fakcie opowiada dokument Estonia. Śpiewająca rewolucja, który polecam i proszę nie przejmować się dawką amerykanizmów w nim zawartych. Muszla koncertowa w Tartu jest zatem nieproporcjonalnie większa w stosunku do liczby mieszkańców. 




Następnym elementem kultury, który chciałbym poruszyć, jest kuchnia estońska. Nie od dziś wiadomo, że turystyka kulinarna jest moim ulubionym rodzajem podróżowania, dlatego byłem bardzo ciekaw jak to wygląda w Estonii. Nawet napisałem o tym esej na zaliczenie jednego z przedmiotów! Nie można powiedzieć, że kuchnia estońska jest odrębnym bytem z własnymi tradycjami i smakami. Jest to raczej synteza wpływów rosyjskich i niemieckich. Zza wschodniej granicy importowano zamiłowanie do sałatek opartych na ziemniakach czy kapuście tudzież dania mączne, natomiast niemieckie dziedzictwo widać w skłonności do wieprzowiny czy wędlin wszelkiej maści (i wysypie różnej maści lokali "hanzeatyckich"). Za lokalny dodatek można uznać popularność cebuli (koniecznie ze wschodu - wyjątkowo toksyczne przy obieraniu) i buraków (bardzo popularnych w zupach i sałatkach). Tak jak i śpiewanie, tak i jedzenie jest traktowane bardzo poważnie przez Estończyków - wyrazem tego jest skądinąd dziwaczna tradycja do stawiania masywnych pomników zwierzętom, które potem trafiają w różnej formie na nasze stoły. W Tartu przykładem tego jest pomnik świni stojący przed lokalnym targiem:

Źródło: http://www.profimedia.hu/picture/estonia-tartu-bronze-pig-monument/0013645970/
Drugim przykładem jest wielki tur, symbol miasta Rakvere, który spoziera z wysokości na miasto, które jest siedzibą największych w Estonii zakładów mięsno-wędliniarskich. W mieście tym znajduje się i zamek, ale oczywiście nie był on najważniejszą przyczyną odwiedzin tego miejsca. 





W kawiarni w Rakvere
Mówiąc o Estonii nie można nie wspomnieć o mniejszości rosyjskiej zamieszkującej kraj. Stosunki estońsko-rosyjskie są napięte i rzutuje to na wzajemne relacje obu grup. Rosjanie stanowią około 1/4 ludności kraju i jest to widocznie na każdym kroku. A najbardziej w trzecim największym mieście w państwie - Narwie, gdzie stanowią 95% mieszkańców. To tak, jakby w Łodzi mieszkali sami Niemcy. Chociaż tabliczki z nazwami ulic tudzież inne oficjalne znaki są dwujęzyczne, to docelowo każdy zwraca się do ciebie po rosyjsku, czy to w knajpie, czy przy wejściu do muzeum, czy na ulicy. Atmosferę miejsca dobrze charakteryzuje przejście graniczne znajdujące się w mieście. Znajduje się ono na moście - po jednej stronie jest zamek w Narwie, po drugiej warownia w Iwanogrodzie, między nimi rzeka i unosząca się nad nią (smoleńska?) mgła. Smaczku dodaje też prawdopodobnie ostatni (?) pomnik Lenina w Unii Europejskiej - znaleziony na placu przed zamkiem - choć trzeba przyznać, że sprytnie schowany za winklem. My jednak udokumentowaliśmy odnalezienie posągu Władimira Iljicza i był to symboliczny ostatni akord naszej podróży po północnej Estonii.





Mgła smoleńska

Lenin

niedziela, 13 stycznia 2013

Z impetem w nowy rok

Po intensywnym, świątecznym utuczeniu powróciliśmy do Tartu. Dziwne to uczucie, niby daleko od domu, a jednak po tak długim czasie uważa się już to miejsce za "swoje". Podróż w obie strony była dla mnie wyjątkowa - pierwsza podróż Polskimi Liniami Lotniczymi (być może już niedługo świętej pamięci :D ). Od jakiegoś czasu planowaliśmy spędzić ostatni dzień roku w akademiku, bo do tej pory jakoś nigdy się nie złożyło. Odpowiednio wystrojeni udaliśmy się piętro wyżej gdzie w miłej i wesołej atmosferze czekaliśmy na północ. Tartu jest takim miastem,  w którym każdy wie gdzie się udać podczas ważnych wydarzeń - na rynek! Nie pomieścił on jednak wszystkich chętnych, dlatego gawiedź rozlała się po obu stronach Rzeki Matki, blisko łukowatego mostu. Potem oczywiście fajerwerki (które Estończycy odpalali dosłownie dzień w dzień przez cały grudzień!) i zapach siarki w powietrzu. W pierwszych godzinach nowych roku akademikowi bywalcy rozproszyli się jednak po różnych miejscach i już nie zdołali się zebrać z powrotem w jednym punkcie. 

Jeszcze przed świętami udaliśmy się na świąteczny targ w Tallinnie (i zupełnie przy okazji na koncert Muse), który był w niektórych miejscach uznawany za najlepszy w Europie. Trzeba powiedzieć, że trochę na wyrost. Po pierwsze, miejsce nie odbiegało zbytnio od straganów na Krupówkach (zarówno pod względem asortymentu jak i wrażeń optycznych), po drugie, prawdopodobnie nie było sprzedawcy, który nie byłby z Rosji. Daleki jestem od ksenofobii, ale dziwna to sytuacja, gdy obcy naród rozbija sobie przed świętami targ w centrum stolicy. Sytuację próbowały ratować renifery, śnieg, mróz i ORP Orzeł. 



Renifeły


Zdradzeni o świcie

Próbowaliśmy pójść śladem Roberta Makłowicza i zjeść posiłek w słynnej restauracji Balthasar, która słynie z tego, że każda potrawa (łącznie z lodami) jest podawana z czosnkiem. Niestety "nie było dla nich miejsca w gospodzie". O koncercie Muse pisałem już w innym miejscu, zatem nie ma co się powtarzać, nadmienię tylko, że był jak najbardziej udany (pomimo złamanej stopy wokalisty - fujary), a sama hala bardzo sprzyjająca koncertom (strome trybuny i dobra widoczność nawet z samego końca płyty). Hołdując zasadzie, że warto robić coś po raz pierwszy, gdy jest na to okazja, Współautorka bloga przejechała się po raz pierwszy trolejbusem. Później wyznała, że bała się o własne zdrowie podczas jazdy.

Pierwszy tydzień stycznia spędziliśmy pracowicie (albo przynajmniej próbując być pracowitymi) pisząc różne eseje, które, nie wiedzieć czemu, były od nas wymagane na zaliczenie co po niektórych przedmiotów na goszczącym nas uniwersytecie. Po tych trudnych chwilach zajęliśmy się jednak eksploracją bliższych i dalszych okolic. 

Naszym pierwszym celem zostało miasto Võru. Leży ono oczywiście nad jeziorem na południu kraju i w dodatku jest stolicą "województwa", co brzmi dumnie, zważywszy, że liczy sobie jeno 14 tysięcy mieszkańców. Miasto co i rusz było przez nas porównywane do Łomży, zwłaszcza przez Gosię, która architekturę tego polskiego miasta zna bardzo dobrze z autopsji. Mieścina cicha i spokojna choć potrafi zaskoczyć. Pierwszym zaskoczeniem był pomnik ku pamięci ofiar zatonięcia statku ESTONIA w 1994. Pomnik dziwnie przypominał jeden z tych, które upamiętniają inną, późniejszą katastrofę w innym kraju. 
Źródło: http://www.voru.ee/files/Eston_uus.jpg
Drugim zaskoczeniem był złotozębny autochton, który pragnął aktywnego kontaktu z przypadkowymi przechodniami i za cel ataku wybrał nas. Za nic miał naszą jeszcze-nie-biegłą znajomość estońskiego i zasypywał nas utyskiwaniami dotyczącymi lokalnej polityki. Na szczęście nasze drogi rozeszły się na najbliższym skrzyżowaniu. Był też podwieszany most donikąd i panowie przeręblowcy. Podróż zwieńczyliśmy w przytulnej kawiarni "Muffin kohvik", w której natknęliśmy się na rewelacyjną promocję: duży kawał ciasta za jedno ojro! Brać, wybierać, nie narzekać.
F.R. Kreutzwald - autor narodowej epopei "Kalevipoeg"





Owłos będzie skakał!


Jak się nam poszczęści, to jutro podczas podróży za koło podbiegunowe uda się naskrobać coś o naszych pozostałych styczniowych podbojach.