poniedziałek, 9 września 2013

Długa droga do domu

Przyszedł dzień wyjazdu.

Z Tartu cichaczem uciekliśmy 28.01.2013 rano. Bez ckliwych pożegnań - szybko i sprawnie. Ale z dużym ciężarem w sercu, mając świadomość, że jeszcze długo nie zaznamy tak beztroskiego okresu w naszych życiach (jeśli w ogóle).

Z krainy genialnych pomysłów przypłynął do mnie jeden, który zakładał, że ze stukilogramowym w sumie bagażem, za wszelką cenę wrócimy do Warszawy pociągiem. Przy okazji zahaczając o Rygę, Wilno i Kowno. Po pierwsze, miało to nam zapewnić wrażenia zamazujące świeże rany wyjazdu. Po drugie, nigdy w tych miejscach nie byliśmy, a jak już jesteśmy tak blisko, to grzech nie zajrzeć. Po trzecie, lubimy podróżować pociągami :)

Wyruszyliśmy z carskiej stacji kolejowej w Tartu na południe, do stacji przesiadkowej Valga na granicy łotewsko-estońskiej. W pociągu do Rygi po raz pierwszy i ostatni musieliśmy zapłacić za nasz pokaźny i oczywisty nadbagaż. Gdy konduktor zobaczył, ile mamy twardej łotewskiej waluty (łatów), gorzko zapłakał i po prostu wziął wszystko.

Ryga przywitała nas mokrym śniegiem i długą drogą do hostelu, który mieścił się w kamienicy na 4 piętrze. Spacer farmera gwarantowany. Samo miasto nie powaliło nas na kolana. Widać w nim dość ostre kontrasty. Stare miasto "światowe", na którym słychać wiele języków świata, a tuż obok szereg sowieckich hal targowych, które zawstydzają Hale Mirowską. A z Pałacu Nauki (widocznie Kultury brak) spogląda na miasto duch Wójka Józefa.

Ryga nocą
Uważaj! To nie chmury!
Ryskie hale targowe
Przed napadem na bank
Św. Krzysztof pilnuje Daugavy
Gosia pilnuje Daugavy
Kocie życie na Łotwie
Łomżing w Rydze

Po przeraźliwie zimnej nocy w hostelu trochę oszukaliśmy i do Wilna udaliśmy się autobusem. Podróż była wygodna i sprawna, a w Wilnie, w prywatnym pokoju przywitała nas polskim głosem właścicielka. Poczuliśmy wyraźnie, że zbliżamy się do domu. Litewska stolica pozostawiła po sobie dużo lepsze wrażenie, może z powodu pogody, może z powodu polskich resentymentów. Miasto żyje nocą, na ulicach ludzi zaczepiają uprzejmi amerykańscy mormoni, a w knajpach można zjeść rzecz jasna kołduny litewskie. Punktem obowiązkowym każdego prawdziwego Polaka w Wilnie jest rzecz jasna Kaplica Ostrobramska i również my tego miejsca nie ominęliśmy. Trafiliśmy tam w środek litanii i dzięki temu mam znakomicie opanowany po litewsku zwrot "zmiłuj się nad nami". Kaplica jest niezwykle ciasna, nieprzystająca do wielkości sławy jaką zyskała dzięki uprzejmości wieszcza narodowego.

Widok na nocne Wilno ze wzgórza Giedymina
Mityczny potomek Giedymina
Polskie akcenty
Sejmas
Panno święta, co w Ostrej świecisz bramie!
Pałac prezydencki w Wilnie
Za wszystkim stoją...

Powracając na właściwy tor ruszyliśmy z prawdziwego Dworca Wileńskiego (czemu z warszawskiego nie można pojechać do Wilna?) do Kowna. Miasto przywitało nas deszczem, który niestety nie odpuszczał przez cały pobyt. Zaznaliśmy trochę luksusu na koniec podróży nocując w nowej placówce sieci hotelowej Ibis mieszczącej się niedaleko dworca kolejowego. Z racji pogody nie udało nam się dużo zobaczyć, nadrabialiśmy zatem zaznajamiając się z tym, co Litwini jedzą na co dzień. I tak zmierzyłem się ze słynnymi Cepelinami, a wieczorem skosztowaliśmy w lokalnym barze (o atmosferze mlecznego) znakomite i niezwykle tanie zupy (grzybowa i fasolowa, o ile dobrze pamiętam). To, co najbardziej pamięta się z Kowna, to niesłychanie długi deptak, którym się idzie, idzie i idzie bez końca.

Nad Niemnem
Bohater wielu opowieści - bezdomny z Krakowa

W pociągu do Warszawy (z przesiadką w Sestokai, gdzie zamieniliśmy parę słów z zarośniętym Kanadyjczykiem) również czekały nas przygody. Polscy celnicy niechybnie wzięli nas za białoruskich przemytników (w sumie niedziwne). Kiedy w Suwałkach do pociągu weszła babcia z piorunującym przyspieszeniem, gdy trzeba zająć miejsce, dres rozmawiający przez telefon z całym pociągiem oraz typowa rodzina z dzieckiem wracająca z urlopu - poczuliśmy, że wróciliśmy do siebie. Nasz kraj - taki piękny.

 Od Gosi: To już ostatnia notka na blogu z tej serii. Smutno, bo to koniec jakiejś historii, do której więcej nie powrócimy. Nawet jeśli jeszcze kiedyś zawitamy w te wszystkie miejsca, już nie będzie tak samo, nie będzie tych ludzi, których tam spotkaliśmy. Mimo wszystko liczę na to, że kiedyś jeszcze reaktywujemy tego bloga, by opisać nasze kolejne przygody, chociażby z cyklu "back to basics". Jeszcze kiedyś wrócimy do Tartu.

Tymczasem.

środa, 4 września 2013

Cebula na deser

Jeśli Estończycy mają jakiś sport narodowy, to są to biegi narciarskie. Naszą zimową stolicą jest niezmiennie kochane i znienawidzone zarazem Zakopane. Estończycy mają swojego odpowiednika w postaci miasteczka Otepää. Miejsce to jest bardzo znane w świecie zimowych amatorów biegania na nartach i przy okazji to ulubiony punkt Justyny Kowalczyk na mapie Pucharu Świata. Zbliżając się do końca naszej bytności w Tartu odkryliśmy, że wskutek ciągłego przekładania planów nie zdążyliśmy jeszcze założyć nart na nogi! Postanowiliśmy to niedopatrzenie zlikwidować i udaliśmy się do zimowego centrum Estonii. Zarówno dla mnie jak i dla mojej współblogerki miał być to dziewiczy pierwszy raz na nartach bez ostrych krawędzi. Początki, jak zawsze, nie były łatwe i nawet małe Estońskie dzieci zawstydzały nas swoimi umiejętnościami. Ale już po godzinie zaczęliśmy powoli chwytać o co w tym chodzi. Ośnieżone boisko szkolne okazało się znakomitym miejscem do treningu (sądząc po śladach - nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł). Zwłaszcza w Gosi dokonała się niezwykła metamorfoza - od rozpaczy nad własnym nieskoordynowaniem, po marzenie, żeby na przyszły sezon kupić sobie własne narty :D Napięty grafik niestety nie pozwolił nam wystartować w zawodach na stadionie miejskim. Są jednak zdjęcia dokumentujące nasze poczynania i przedstawiające nas w dobrym świetle.


Parę dni wcześniej, z okazji wspólnego święta postanowiłem zrobić mojej współblogerce niespodziankę i zabrać ją na uroczystą kolację. Ale nie do jej ulubionego, kołoakademickiego Metra serwującego różnego rodzaju kanapki na ciepło (nie wiem czy teraz tego nie żałuje...). Obiadokolacja była z pompą i na bogatości. W dworku szlacheckim w Alatskivi!

Gosia była zadowolona i zaskoczona. 
A i ja byłem pod wrażeniem.

Restauracja mieszcząca się w pałacu serwowała dania z kuchni estońskiej, niemieckiej i szkockiej będąc wspomnieniem narodowości, które miały tę okazałą budowlę w swoim posiadaniu. Chociaż dania główne oraz towarzyszące wino było niczego sobie, to prawdziwą gwiazdą dnia okazał się deser...z cebuli. Bulwa, która stała się poniekąd symbolem Polskości jest również ważnym elementem kuchni estońskiej. Na wschodzie kraju istnieje nawet "szlak cebulowy" w niektórych przewodnikach określany nawet jako wart zobaczenia (podchodzę do tego z rezerwą). Fakt faktem, estońskie cebule mają smak i aromat wyjątkowo intensywny, by nie powiedzieć toksyczno-radioaktywny. Niezrażony moimi trudnymi doświadczeniami postanowiłem na finał posiłku zamówić specjalny deser - cebulę z karmelizowanym cukrem i whisky (est. Punased sibulad karamellistatud suhkru ja viskiga). Ku mojemu niemałemu zdziwieniu, deser okazał się znakomity! Całkiem niedawno, przypadkiem, ten smak przypomniał o sobie i obudził wspomnienia dające początek temu wpisowi. 


Estońska kuchnia nie nosi znamion specjalnie wykwintnej - wszak oparta jest na prostym jedzeniu chłopów. Ale trzeba przyznać, że od czasu do czasu potrafi zaskoczyć. Przykładem restauracja Balthasar w Tallinnie, która wszystkie potrawy (łącznie z lodami i piwem) serwuje z domieszką czosnku. Chociaż nasza pierwsza szarża na to miejsce była nieudana z braku miejsc - szykujemy rewanż ;)


P.S. Dla chętnych, menu odwiedzonej restauracji: KLIK!