środa, 28 sierpnia 2013

Wspominki: zimowy road trip

Mija dokładnie rok od mojego pierwszego dnia w Tartu. Dokładnie rok temu, 28 sierpnia, obudziłam się w pokoju 371 przy Raatuse 22 i udałam się na pierwsze zwiedzanie miasta. Czas szybko mija, ale tęsknota pozostaje. Z tej okazji odgrzebuję stary, nieopisany jeszcze wątek - styczniowy road trip po Estonii.

Nasz pobyt w Estonii właściwie dobiegał już końca, ale 23 stycznia w czwórkę (ja, mój blogowy partner, nasz polski kolega Maciek i bułgarska koleżanka Irena) wypożyczyliśmy auto i udaliśmy się na dwudniowy objazd po okolicy (biorąc pod uwagę rozmiary Estonii, nawet jej północne i zachodnie granice można nazwać "okolicą"). Zaczęliśmy od północy, najpierw zawitaliśmy do miejscowości Keila-Joa, gdzie ponoć miał płynąć malowniczy wodospad. Wodospad oczywiście był, ale raczej w formie stałej:


Następnie udaliśmy się dalej na północ, na klify. Północ Estonii słynie z imponujących klifów, które tworzą malownicze wybrzeże. Klify oglądaliśmy w malutkiej miejscowości Türisalu, która słynie z tego, że... właśnie z tych klifów często skaczą ludzie chcący popełnić samobójstwo. Samo miejsce jest PRZEPIĘKNE, nie wiem jak wygląda w lecie, kiedy wokół jest słonecznie i zielono, ale w pochmurny zimowy dzień ma klimat nie-do-opisania. Coś jak w tym teledysku: zima, śnieg, wokół pojedyncze drzewa i krzaki, żywej duszy oprócz nas, a w tle morze. Niesamowite, chciałabym to jeszcze raz poczuć, w życiu chyba nie byłam tak szczęśliwa.


Klify natomiast wyglądały tak:



Taka tam, 30 metrowa przepaść 5 kroków stąd

Później pojechaliśmy nieco bardziej na zachód, by znaleźć się w miejscowości Haapsalu, gdzie otwarto pierwszą tamtej zimy lodową drogę przez zatokę do Noarootsi. Tak, lodową, znaczy, że jedzie się po lodzie. Nie wolno zapinać pasów, aby w razie załamania się lodu pod kołami, można było łatwo wydostać się z samochodu. Przejechaliśmy się tam i z powrotem, przeżyliśmy, wykonaliśmy nawet jednego drifta, mało co nie pomarłam ze strachu, ale poza tym ofiar nie było. Filmik z trasy (all credits go to Maciek Kucharski):
I zdjęcia:
Jedziemyyyy

Po skończonej akcji, z naszym krążownikiem szos

Z Haapsalu pojechaliśmy do Virtsu, skąd mieliśmy prom na wyspę Muhu, a stamtąd groblą przedostaliśmy się na największą wyspę Estonii - Saaremaa (uwielbiam estoński za te wszystkie "aaaa", "oooo" i "uuuu"). Tam w miejscowości Kuressaare udaliśmy się do hostelu, by następnego dnia rozpocząć zwiedzanie. Drugiego dnia pogoda była fantastyczna - pełne słońce i tylko nieliczne chmury. Zatem zwiedzanie wyglądało tak:




Z Kuuressare udaliśmy się do Kaali, gdzie był jeden z wielu estońskich kraterów po uderzeniach meteorytów, z tym, ze ten był tak duży, że nie mieścił się na zdjęciach. Z Kaali pojechaliśmy do miejscowości Angla, gdzie znajdują się jedne z najpiękniejszych starych estońskich wiatraków. Stamtąd wyruszyliśmy do Pärnu, które zwane jest letnią stolicą Estonii. Dziwny to pomysł na odwiedzanie letniej stolicy w zimie, ale mamy odhaczone. Zdjęcia z tych miejsc hurtem:

Kraater
Polactwo parkuje tylko na plaży

 
Pärnu wieczorem

I to już wszystko.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Rocznicowa Laponia

Tak, tak, to już rok od momentu pierwszego wpisu na blogu. Wracają wspomnienia, przypominają się obrazy, smaki, zapachy. Ten najbardziej oderwany od rzeczywistości okres warto przywoływać i dlatego, z okazji rocznicy, kończymy niedokończone wątki i piszemy o ostatnich dniach na wyjeździe - i sprawdzamy ile czas zatarł, a ile z niego zostało.

Pewnie granice warto przekraczać. Dlatego doszliśmy do wniosku, że warto się w środku zimy wybrać za północne koło podbiegunowe. Dla niektórych już Tartu było stolicą zimna (o czym wspominali goście nas odwiedzający), ale my nie spoczęliśmy na laurach i ochoczo wybraliśmy się do Finlandii, by poczuć mróz inny niż wszystkie.

Pierwszym etapem był dojazd autobusem do Tallinna, a tam wsiedliśmy na prom do Helsinek. Finowie nieustannie oblegali sklep na statku, dlatego postanowiliśmy pomyśleć o zakupach w drodze powrotnej. W Helsinkach przesiadka do pociągu i 11 godzinna podróż na daleką północ, aż do Kemijärvi (66°43′N 27°26′E) , ostatniej stacji na trasie. A jechaliśmy pociągiem nie lada, mianowicie tym:


Kraftwerk - Santa Claus Express

Nazwa pociagu zdradzała nasze cele. Chociaż miejsca w pociągu było dużo, to wielogodzinna podróż przez niemal 900 km odcisnęła piętno na naszej formie, a koleje fińskie to jeszcze nie poziom Shinkansenów czy TGV. Choć jeżdżą w trochę innych warunkach. Chociaż Kemijärvi nie jest wielką miejscowością, w dodatku leżącą na północnych rubieżach, to znaki cywilizacji zachodniej były obecne.


Chwilowe perturbacje ze znalezieniem właściciela naszego "hostelu" zostały rozwiązane w miejskiej bibliotece. Warto powiedzieć, że w całym ośrodku (który składał się zwyczajnie na rzędy drewnianych domków) oprócz nas był jedynie samotny Chińczyk (rzeczywiście są wszędzie). To, co mi się od razu rzuciło w oczy, to lapoński śnieg. Zupełnie inny niż znany z warszawskich ulic. Oprócz oczywistej różnicy w czystości był ciężki, choć nie wilgotny. Oblepiający wszystko, wszechobecny, wszechogarniający. To podobna historia jak z Guinnessem, który smakuje tylko TAK dobrze w Irlandii, albo z herbatą, która zyskuje swój prawdziwy smak dopiero w Japonii. 

Sam rzeźbiłem

Głównymi atrakcjami miasta jest sauna i hala hokejowa. Oprócz tego fiński standardzik - lasy i jeziora. A do sklepu zamiast z torbą idzie się z sankami. Niestety nie mieliśmy szczęścia co do zorzy polarnej, pomimo wystarczająco niskiej temperatury i przejrzystego nieba. Było naprawdę blisko, ale jednak zielona łuna widziana zza drzew okazała się neonami stacji benzynowej :D 

Następny dzień do podróż do największego terytorialnie miasta w Unii Europejskiej - Rovaniemi. Po absolutnie horrendalnej opłacie za przejazd dotarliśmy do siedziby wiadomego świętego, 


która przywitała nas temperaturą wręcz upalną

Gra o tron
Jak łatwo się domyślić. Resztę dnia spędziliśmy w kąpielówkach. Wiem skądinąd, że McDonald's w Rovaniemi jest tym najbardziej wysuniętym na północ. Ciekawe, czy podobnie jest z Subwayem, w którym się stołowaliśmy. 

Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście na linię koła podbiegunowego do siedziby świętego rodem z Turcji. Tamże zahaczyliśmy najpierw o pocztę, gdzie spotkaliśmy elfy na etacie i klasyfikację generalną życzeń świątecznych.

Medal, podium, aplauz

Chcieliśmy od razu wbić do grubego pana z brodą, ale akurat jadł korpobrunch.


Niezrażeni tym faktem poszliśmy do kolejnego rozpoznawalnego symbolu Laponii. Reniferów jest w Rovaniemi więcej niż ludzi. My w bliższej komitywie byliśmy z jednym. Co ciekawe, obrotni Finowie w pobliskich sklepach sprzedają nawet ich odchody - w formie uroczej pamiątki z wizyty. Przyjaźń fińsko-estońska pozwoliła na import fińskich reniferów na świąteczny targ w Tallinnie, gdzie jednak nie bawiły się zbyt dobrze. Warto również nadmienić, że nasz kompan w podróży, Maciek Kucharski (serdecznie pozdrawiamy!) dnia poprzedniego spożywał pizzę z mięsem renifera. 


Na deser zostawiliśmy sobie spotkanie twarzą w twarz z Mikołajem. Dzięki odrobinie szczęścia mamy unikalne zdjęcie z tamtego wydarzenia. Mroczne elfy chciały nam je opchnąć za 25 ojro, ale czujna mama Maćka była gdzie trzeba (czyt. śledziła relację na żywo w internecie) i cyknęła print screena. Voila!


W Rovaniemi postanowiliśmy również nieco się odchamić i zagościliśmy w dwóch muzeach. Jedno z nich, Arktikum, traktowało o szeroko pojętej kulturze Laponii i było, ekhem, wymagające w odbiorze. Ale za to sam budynek, w którym się mieściło - niczego sobie.


Natomiast drugie (PILKE) pozytywnie nas zaskoczyło - zarówno tematem, jak i samą wystawą. Ludzie obeznani w świecie wiedzą, że przemysł celulozowo-papierniczy jest znaczącą gałęzią w Finlandii...ale żeby od razu robić wielką wystawę na ten temat?! A i owszem! Eklektyczna, nowoczesna, angażująca, zaskakująca wystawa, na której można było zobaczyć trochę sprzętu i postrzelać do kaczek. 




Tym miłym akcentem zakończyliśmy wizytę w Laponii i udaliśmy się w drogę powrotną. Do Helsinek dotarliśmy jeszcze przed wschodem słońca, jednakże z silnym postanowieniem mocnego zwiedzania. Dworzec w Helsinkach to potężna budowa z kamienia, która bardziej pasowałaby do architektury sąsiada zza wschodniej granicy.



Razem z pojawiającym się światłem naszym oczom ukazał się obraz miasta średnio urodziwego, z mocnym duchem handlowo-usługowym. Postanowiliśmy zatem wybrać się na krótki rejs na pobliską wyspę, polecaną nam w miejscowym punkcie informacji turystycznej. Wyspa zwie się Suomenlinna i rzeczywiście jest niezwykle urokliwa, odmienna od ruchliwej stolicy. W dodatku można tam natrafić na łódź podwodną w remoncie.




Po powrocie na stały ląd nie zostało nam dużo czasu do promu powrotnego, dlatego zdecydowaliśmy się na niekonwencjonalny pomysł poznania Helsinek "od dołu" i przejechaliśmy się całą linią metra (jest jedna, ale z rozgałęzieniem). Podróż wygodna i nawet załapaliśmy się na panoramę fińskiej stolicy, gdy podziemny pociąg wyjeżdżał na naziemne stacje. 



Powrót umiliła mi promocja w sklepie na promie na moje (od niedawna) ulubione sherry Harvey's. Pamiątek nigdy nie za wiele, zatem i w tę zainwestowałem Wasze unijne pieniądze. Prom leniwie dopłynął do Tallinna, tak samo leniwie autobus podążył do Tartu. Tam wyszło z nas całe wielodniowe zmęczenie i mróz. Spaliśmy snem sprawiedliwego. Ale to nie był koniec naszych wojaży, bo KTOŚ wpadł na znakomity pomysł, aby za wszelką cenę wrócić do Wolski pociągiem...