Pewnie granice warto przekraczać. Dlatego doszliśmy do wniosku, że warto się w środku zimy wybrać za północne koło podbiegunowe. Dla niektórych już Tartu było stolicą zimna (o czym wspominali goście nas odwiedzający), ale my nie spoczęliśmy na laurach i ochoczo wybraliśmy się do Finlandii, by poczuć mróz inny niż wszystkie.
Pierwszym etapem był dojazd autobusem do Tallinna, a tam wsiedliśmy na prom do Helsinek. Finowie nieustannie oblegali sklep na statku, dlatego postanowiliśmy pomyśleć o zakupach w drodze powrotnej. W Helsinkach przesiadka do pociągu i 11 godzinna podróż na daleką północ, aż do Kemijärvi (66°43′N 27°26′E) , ostatniej stacji na trasie. A jechaliśmy pociągiem nie lada, mianowicie tym:
| Kraftwerk - Santa Claus Express |
Nazwa pociagu zdradzała nasze cele. Chociaż miejsca w pociągu było dużo, to wielogodzinna podróż przez niemal 900 km odcisnęła piętno na naszej formie, a koleje fińskie to jeszcze nie poziom Shinkansenów czy TGV. Choć jeżdżą w trochę innych warunkach. Chociaż Kemijärvi nie jest wielką miejscowością, w dodatku leżącą na północnych rubieżach, to znaki cywilizacji zachodniej były obecne.
Chwilowe perturbacje ze znalezieniem właściciela naszego "hostelu" zostały rozwiązane w miejskiej bibliotece. Warto powiedzieć, że w całym ośrodku (który składał się zwyczajnie na rzędy drewnianych domków) oprócz nas był jedynie samotny Chińczyk (rzeczywiście są wszędzie). To, co mi się od razu rzuciło w oczy, to lapoński śnieg. Zupełnie inny niż znany z warszawskich ulic. Oprócz oczywistej różnicy w czystości był ciężki, choć nie wilgotny. Oblepiający wszystko, wszechobecny, wszechogarniający. To podobna historia jak z Guinnessem, który smakuje tylko TAK dobrze w Irlandii, albo z herbatą, która zyskuje swój prawdziwy smak dopiero w Japonii.
| Sam rzeźbiłem |
Głównymi atrakcjami miasta jest sauna i hala hokejowa. Oprócz tego fiński standardzik - lasy i jeziora. A do sklepu zamiast z torbą idzie się z sankami. Niestety nie mieliśmy szczęścia co do zorzy polarnej, pomimo wystarczająco niskiej temperatury i przejrzystego nieba. Było naprawdę blisko, ale jednak zielona łuna widziana zza drzew okazała się neonami stacji benzynowej :D
Następny dzień do podróż do największego terytorialnie miasta w Unii Europejskiej - Rovaniemi. Po absolutnie horrendalnej opłacie za przejazd dotarliśmy do siedziby wiadomego świętego,
która przywitała nas temperaturą wręcz upalną
| Gra o tron |
Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście na linię koła podbiegunowego do siedziby świętego rodem z Turcji. Tamże zahaczyliśmy najpierw o pocztę, gdzie spotkaliśmy elfy na etacie i klasyfikację generalną życzeń świątecznych.
| Medal, podium, aplauz |
Chcieliśmy od razu wbić do grubego pana z brodą, ale akurat jadł korpobrunch.
Niezrażeni tym faktem poszliśmy do kolejnego rozpoznawalnego symbolu Laponii. Reniferów jest w Rovaniemi więcej niż ludzi. My w bliższej komitywie byliśmy z jednym. Co ciekawe, obrotni Finowie w pobliskich sklepach sprzedają nawet ich odchody - w formie uroczej pamiątki z wizyty. Przyjaźń fińsko-estońska pozwoliła na import fińskich reniferów na świąteczny targ w Tallinnie, gdzie jednak nie bawiły się zbyt dobrze. Warto również nadmienić, że nasz kompan w podróży, Maciek Kucharski (serdecznie pozdrawiamy!) dnia poprzedniego spożywał pizzę z mięsem renifera.
Na deser zostawiliśmy sobie spotkanie twarzą w twarz z Mikołajem. Dzięki odrobinie szczęścia mamy unikalne zdjęcie z tamtego wydarzenia. Mroczne elfy chciały nam je opchnąć za 25 ojro, ale czujna mama Maćka była gdzie trzeba (czyt. śledziła relację na żywo w internecie) i cyknęła print screena. Voila!
W Rovaniemi postanowiliśmy również nieco się odchamić i zagościliśmy w dwóch muzeach. Jedno z nich, Arktikum, traktowało o szeroko pojętej kulturze Laponii i było, ekhem, wymagające w odbiorze. Ale za to sam budynek, w którym się mieściło - niczego sobie.
Natomiast drugie (PILKE) pozytywnie nas zaskoczyło - zarówno tematem, jak i samą wystawą. Ludzie obeznani w świecie wiedzą, że przemysł celulozowo-papierniczy jest znaczącą gałęzią w Finlandii...ale żeby od razu robić wielką wystawę na ten temat?! A i owszem! Eklektyczna, nowoczesna, angażująca, zaskakująca wystawa, na której można było zobaczyć trochę sprzętu i postrzelać do kaczek.
Tym miłym akcentem zakończyliśmy wizytę w Laponii i udaliśmy się w drogę powrotną. Do Helsinek dotarliśmy jeszcze przed wschodem słońca, jednakże z silnym postanowieniem mocnego zwiedzania. Dworzec w Helsinkach to potężna budowa z kamienia, która bardziej pasowałaby do architektury sąsiada zza wschodniej granicy.
Razem z pojawiającym się światłem naszym oczom ukazał się obraz miasta średnio urodziwego, z mocnym duchem handlowo-usługowym. Postanowiliśmy zatem wybrać się na krótki rejs na pobliską wyspę, polecaną nam w miejscowym punkcie informacji turystycznej. Wyspa zwie się Suomenlinna i rzeczywiście jest niezwykle urokliwa, odmienna od ruchliwej stolicy. W dodatku można tam natrafić na łódź podwodną w remoncie.
Po powrocie na stały ląd nie zostało nam dużo czasu do promu powrotnego, dlatego zdecydowaliśmy się na niekonwencjonalny pomysł poznania Helsinek "od dołu" i przejechaliśmy się całą linią metra (jest jedna, ale z rozgałęzieniem). Podróż wygodna i nawet załapaliśmy się na panoramę fińskiej stolicy, gdy podziemny pociąg wyjeżdżał na naziemne stacje.
Powrót umiliła mi promocja w sklepie na promie na moje (od niedawna) ulubione sherry Harvey's. Pamiątek nigdy nie za wiele, zatem i w tę zainwestowałem Wasze unijne pieniądze. Prom leniwie dopłynął do Tallinna, tak samo leniwie autobus podążył do Tartu. Tam wyszło z nas całe wielodniowe zmęczenie i mróz. Spaliśmy snem sprawiedliwego. Ale to nie był koniec naszych wojaży, bo KTOŚ wpadł na znakomity pomysł, aby za wszelką cenę wrócić do Wolski pociągiem...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz