Nasz pobyt w Estonii właściwie dobiegał już końca, ale 23 stycznia w czwórkę (ja, mój blogowy partner, nasz polski kolega Maciek i bułgarska koleżanka Irena) wypożyczyliśmy auto i udaliśmy się na dwudniowy objazd po okolicy (biorąc pod uwagę rozmiary Estonii, nawet jej północne i zachodnie granice można nazwać "okolicą"). Zaczęliśmy od północy, najpierw zawitaliśmy do miejscowości Keila-Joa, gdzie ponoć miał płynąć malowniczy wodospad. Wodospad oczywiście był, ale raczej w formie stałej:
Następnie udaliśmy się dalej na północ, na klify. Północ Estonii słynie z imponujących klifów, które tworzą malownicze wybrzeże. Klify oglądaliśmy w malutkiej miejscowości Türisalu, która słynie z tego, że... właśnie z tych klifów często skaczą ludzie chcący popełnić samobójstwo. Samo miejsce jest PRZEPIĘKNE, nie wiem jak wygląda w lecie, kiedy wokół jest słonecznie i zielono, ale w pochmurny zimowy dzień ma klimat nie-do-opisania. Coś jak w tym teledysku: zima, śnieg, wokół pojedyncze drzewa i krzaki, żywej duszy oprócz nas, a w tle morze. Niesamowite, chciałabym to jeszcze raz poczuć, w życiu chyba nie byłam tak szczęśliwa.
Klify natomiast wyglądały tak:
| Taka tam, 30 metrowa przepaść 5 kroków stąd |
Później pojechaliśmy nieco bardziej na zachód, by znaleźć się w miejscowości Haapsalu, gdzie otwarto pierwszą tamtej zimy lodową drogę przez zatokę do Noarootsi. Tak, lodową, znaczy, że jedzie się po lodzie. Nie wolno zapinać pasów, aby w razie załamania się lodu pod kołami, można było łatwo wydostać się z samochodu. Przejechaliśmy się tam i z powrotem, przeżyliśmy, wykonaliśmy nawet jednego drifta, mało co nie pomarłam ze strachu, ale poza tym ofiar nie było. Filmik z trasy (all credits go to Maciek Kucharski):
I zdjęcia:
| Jedziemyyyy |
| Po skończonej akcji, z naszym krążownikiem szos |
Z Haapsalu pojechaliśmy do Virtsu, skąd mieliśmy prom na wyspę Muhu, a stamtąd groblą przedostaliśmy się na największą wyspę Estonii - Saaremaa (uwielbiam estoński za te wszystkie "aaaa", "oooo" i "uuuu"). Tam w miejscowości Kuressaare udaliśmy się do hostelu, by następnego dnia rozpocząć zwiedzanie. Drugiego dnia pogoda była fantastyczna - pełne słońce i tylko nieliczne chmury. Zatem zwiedzanie wyglądało tak:
Z Kuuressare udaliśmy się do Kaali, gdzie był jeden z wielu estońskich kraterów po uderzeniach meteorytów, z tym, ze ten był tak duży, że nie mieścił się na zdjęciach. Z Kaali pojechaliśmy do miejscowości Angla, gdzie znajdują się jedne z najpiękniejszych starych estońskich wiatraków. Stamtąd wyruszyliśmy do Pärnu, które zwane jest letnią stolicą Estonii. Dziwny to pomysł na odwiedzanie letniej stolicy w zimie, ale mamy odhaczone. Zdjęcia z tych miejsc hurtem:
| Kraater |
| Polactwo parkuje tylko na plaży |
| Pärnu wieczorem |
I to już wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz