środa, 4 września 2013

Cebula na deser

Jeśli Estończycy mają jakiś sport narodowy, to są to biegi narciarskie. Naszą zimową stolicą jest niezmiennie kochane i znienawidzone zarazem Zakopane. Estończycy mają swojego odpowiednika w postaci miasteczka Otepää. Miejsce to jest bardzo znane w świecie zimowych amatorów biegania na nartach i przy okazji to ulubiony punkt Justyny Kowalczyk na mapie Pucharu Świata. Zbliżając się do końca naszej bytności w Tartu odkryliśmy, że wskutek ciągłego przekładania planów nie zdążyliśmy jeszcze założyć nart na nogi! Postanowiliśmy to niedopatrzenie zlikwidować i udaliśmy się do zimowego centrum Estonii. Zarówno dla mnie jak i dla mojej współblogerki miał być to dziewiczy pierwszy raz na nartach bez ostrych krawędzi. Początki, jak zawsze, nie były łatwe i nawet małe Estońskie dzieci zawstydzały nas swoimi umiejętnościami. Ale już po godzinie zaczęliśmy powoli chwytać o co w tym chodzi. Ośnieżone boisko szkolne okazało się znakomitym miejscem do treningu (sądząc po śladach - nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł). Zwłaszcza w Gosi dokonała się niezwykła metamorfoza - od rozpaczy nad własnym nieskoordynowaniem, po marzenie, żeby na przyszły sezon kupić sobie własne narty :D Napięty grafik niestety nie pozwolił nam wystartować w zawodach na stadionie miejskim. Są jednak zdjęcia dokumentujące nasze poczynania i przedstawiające nas w dobrym świetle.


Parę dni wcześniej, z okazji wspólnego święta postanowiłem zrobić mojej współblogerce niespodziankę i zabrać ją na uroczystą kolację. Ale nie do jej ulubionego, kołoakademickiego Metra serwującego różnego rodzaju kanapki na ciepło (nie wiem czy teraz tego nie żałuje...). Obiadokolacja była z pompą i na bogatości. W dworku szlacheckim w Alatskivi!

Gosia była zadowolona i zaskoczona. 
A i ja byłem pod wrażeniem.

Restauracja mieszcząca się w pałacu serwowała dania z kuchni estońskiej, niemieckiej i szkockiej będąc wspomnieniem narodowości, które miały tę okazałą budowlę w swoim posiadaniu. Chociaż dania główne oraz towarzyszące wino było niczego sobie, to prawdziwą gwiazdą dnia okazał się deser...z cebuli. Bulwa, która stała się poniekąd symbolem Polskości jest również ważnym elementem kuchni estońskiej. Na wschodzie kraju istnieje nawet "szlak cebulowy" w niektórych przewodnikach określany nawet jako wart zobaczenia (podchodzę do tego z rezerwą). Fakt faktem, estońskie cebule mają smak i aromat wyjątkowo intensywny, by nie powiedzieć toksyczno-radioaktywny. Niezrażony moimi trudnymi doświadczeniami postanowiłem na finał posiłku zamówić specjalny deser - cebulę z karmelizowanym cukrem i whisky (est. Punased sibulad karamellistatud suhkru ja viskiga). Ku mojemu niemałemu zdziwieniu, deser okazał się znakomity! Całkiem niedawno, przypadkiem, ten smak przypomniał o sobie i obudził wspomnienia dające początek temu wpisowi. 


Estońska kuchnia nie nosi znamion specjalnie wykwintnej - wszak oparta jest na prostym jedzeniu chłopów. Ale trzeba przyznać, że od czasu do czasu potrafi zaskoczyć. Przykładem restauracja Balthasar w Tallinnie, która wszystkie potrawy (łącznie z lodami i piwem) serwuje z domieszką czosnku. Chociaż nasza pierwsza szarża na to miejsce była nieudana z braku miejsc - szykujemy rewanż ;)


P.S. Dla chętnych, menu odwiedzonej restauracji: KLIK!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz