niedziela, 30 grudnia 2012

A. Le Coq...

...Czyli nasza wyprawa do muzeum i browaru znajdującego się w Tartu. 

W Estonii działają dwa duże browary (a zarazem przedsiębiorstwa produkujące piwa, cydry i cały asortyment różnych lekkich napojów zaczynając na oranżadach, a na sokach kończąc): Saku mający swą siedzibę w Saku niedaleko Tallinna oraz A. Le Coq mieszczący się w Tartu. Ponieważ Tartu mamy zdecydowanie bliżej niż Tallinn, to wybraliśmy się właśnie tam.

Nie była to zwykła wycieczka po muzeum piwa i browaru, czy oglądanie starych maszyn służących do warzenia piwa. Mieliśmy okazję obejrzeć całe przedsiębiorstwo od środka, zobaczyć jak warzone jest dziś piwo, jak wygląda cykl butelkowania, pakowania itd. Bardzo podobał mi się fakt, że A. Le Coq jest firmą otwartą dla zwiedzających - nasz przewodnik pozwalał nam robić zdjęcia w całym zakładzie produkcyjnym, odpowiadał na każde, nawet podchwytliwe pytania (w stylu: "A kto ma większy udział w rynku w Estonii - Saku czy A. Le Coq?", "A jakie piwo pan woli?"). Już od momentu przekroczenia progu, w nozdrza uderzył nas charakterystyczny zapach słodu i towarzyszył nam niemal przez całe zwiedzanie. I tak: przechodziliśmy się między ogromnymi kadziami z piwem, oglądaliśmy w pełni zautomatyzowaną linię do rozlewania i butelkowania napojów, a nawet wyszliśmy na taras widokowy, z którego oglądaliśmy panoramę dzielnicy Suppilinn składającej się ze starych przepięknych drewnianych domów (ciekawostka: nazwa tej dzielnicy oznacza "dzielnica zupy", a nazwy ulic pochodzą od składników zup, np. ulica Marchewkowa, ul. Groszkowa).

Po zwiedzaniu nie ominęła nas również część miła każdemu studentowi: degustacja. Dostaliśmy po plastikowym kubeczku, pan przewodnik otworzył -naście butelek różnorakich trunków i próbowaliśmy każdego po kolei. To było chyba moje ulubione muzeum w Tartu.

A że można było robić zdjęcia, to proszę bardzo - zdjęcia z wycieczki:
Pod nogami - kadzie
Widok na Suppilinn
Butelkowanie
Muzealne kadzie

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Jezioro pełne Pe(i)psi



Dni stają się coraz krótsze, co po niektórym zdarza się wstawać po zachodzie słońca, a śniegu nie ubywa. W środę mieliśmy premierowy egzamin końcowy z przedmiotu o wdzięcznej i enigmatycznej nazwie Business Administration. Oczywiście wciągnęliśmy go nosem. Życie to sztuka wyborów, zatem pisząc egzamin jednocześnie zrezygnowaliśmy do zorganizowanego wyjazdu do Laponii. Ale nic to! Pozostaje jeszcze wyjazd niezorganizowawny! 


W tak zwanym międzyczasie zahaczyliśmy o ostatni wieczór tematyczny w Tartu – wieczór azjatycki. Jak na nich przystało – jedzenie było dobre i podane sprawnie. Prezentacje o poszczególnych krajach nie trzymały już niestety tak wysokiego poziomu. Była też namiastka karaoke, origami i drobne japonki ubrane w drobne japońskie stroje.


Prawie udane wypożyczenie samochodu skończyło się na tym, że wybraliśmy się autobusem nad jezioro Pejpus (czwarte największe w Europie) do dwóch miejscowości – Mustvee i Kallaste. W pierwszym trafiliśmy na zamarzniętą rzekę (i w zasadzie zamarznięte jezioro też) tudzież targ i stragany rozstawione w lokalnym centrum kulturowym. Był też otyły pan grający na akordeonie. Atmosfera prawdziwie dożynkowa. Szybki transfer do Kallaste nie był naszym najlepszym pomysłem turystycznym, gdyż właściwie w tej miejscowości...nic nie ma :D Dlatego zmyliśmy się po 20 minutach. 
The Wanderer

Irkuck



Po drugiej stronie - Rosja

No Line on the Horizon








A w ten wtorek połamane Muse w Tallinnie!

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Winter's back!

Zima powróciła w pełnej krasie, i to już w zeszły wtorek. A wraz z zimą przybyły dekoracje świąteczne na rynku i budynku głównym uniwersytetu. Całość wygląda bajecznie.

Takie tam, z pierwszych dni opadów (29.11.12)

Jeśli zaś chodzi o zimę i idący z nią w parze śnieg, warto podzielić się kilkoma przemyśleniami w kwestii tego jak Estończycy radzą sobie z odśnieżaniem, posypywaniem i tego typu sprawami. Otóż oni właściwie nie odśnieżają. Odkąd we wtorek zaczął padać śnieg (a pada cały czas, z mniejszymi lub większymi przerwami), pług odśnieżający ulicę widziałam RAZ. Jeden jedyny raz. Właściwie nie ma się co dziwić - co napada teraz, i tak rozpuści się na wiosnę, a Estończycy jeżdżą na oponach z kolcami, więc mogą sobie na takie atrakcje pozwolić. Częściej już widziałam pługi odśnieżające chodniki, czy plac na rynku. Jednak i tu nie praktykuje się zwyczaju, że chodnik musi czarny być i basta. Raczej wystarczy raz przejechać łopatą, byleby ludzie nie brodzili w śniegu po kolana. Jeśli zaś chodzi o to jak w Estonii radzą sobie ze ślizgawką: chodniki posypuje się bardzo popularnym w Skandynawii grysem lub żwirem, który gdy wszystko się rozpuści jest zbierany i wykorzystywany w następnych latach. Nie ma w ogóle sypania piaskiem lub (o zgrozo!) solą. Lud się nie ślizga, buty się nie niszczą, pieniądze nie są wywalane w błoto i wszyscy są zadowoleni. O ile nieodśnieżanie ulic było dla mnie dość szokujące, o tyle dbanie o chodniki w taki sposób wydaje się być dobrym rozwiązaniem.

Wraz z grudniem dopadają nas pierwsze egzaminy, semestralne eseje i masa innych obowiązków. Jak zatem powszechnie wiadomo, taki czas jest najlepszy na imprezy. Ostatnio gościliśmy na organizowanym przez ESN Pool Party. Niestety zamiast obiecywanych drinków z palemką, w barku dostępne były tylko piwo i cydr, ale nawet mimo tego drobnego niedociągnięcia bawiliśmy się przednio. Do dyspozycji mieliśmy basen z dwiema dużymi zjeżdżalniami, jacuzzi, mini-boiskiem do gry w koszykówkę (wodną), gabinet terapii światłem, a także trzy różne sauny (fińską o temp. 85 stopni, parową 50 stopni i aromatyczną 45 stopni). Do wyboru, do koloru.

Początkowo wszyscy zachowywali się grzecznie i dziewczyny siedziały razem w swoich saunach, a faceci w swoich, ale gdy towarzystwo się rozkręciło, można było spotkać osobników płci przeciwnej w nie swoich saunach. Szczęście całe, że nikt nie wchodził tam na golasa :D Jeszcze jedna ciekawostka: wiadomo, że po sesji w saunie należy się schłodzić. Jednak tylko tutaj widziałam, żeby obok zwykłych pryszniców była jedna kabina, w której na górze zawieszona była drewniana balia wypełniona zimną wodą. Wystarczyło tylko pociągnąć za sznurek, żeby sprawić sobie lodowatą kąpiel. Niezapomniane przeżycie, ale chyba raz mi wystarczy na całe życie.