poniedziałek, 3 grudnia 2012

Winter's back!

Zima powróciła w pełnej krasie, i to już w zeszły wtorek. A wraz z zimą przybyły dekoracje świąteczne na rynku i budynku głównym uniwersytetu. Całość wygląda bajecznie.

Takie tam, z pierwszych dni opadów (29.11.12)

Jeśli zaś chodzi o zimę i idący z nią w parze śnieg, warto podzielić się kilkoma przemyśleniami w kwestii tego jak Estończycy radzą sobie z odśnieżaniem, posypywaniem i tego typu sprawami. Otóż oni właściwie nie odśnieżają. Odkąd we wtorek zaczął padać śnieg (a pada cały czas, z mniejszymi lub większymi przerwami), pług odśnieżający ulicę widziałam RAZ. Jeden jedyny raz. Właściwie nie ma się co dziwić - co napada teraz, i tak rozpuści się na wiosnę, a Estończycy jeżdżą na oponach z kolcami, więc mogą sobie na takie atrakcje pozwolić. Częściej już widziałam pługi odśnieżające chodniki, czy plac na rynku. Jednak i tu nie praktykuje się zwyczaju, że chodnik musi czarny być i basta. Raczej wystarczy raz przejechać łopatą, byleby ludzie nie brodzili w śniegu po kolana. Jeśli zaś chodzi o to jak w Estonii radzą sobie ze ślizgawką: chodniki posypuje się bardzo popularnym w Skandynawii grysem lub żwirem, który gdy wszystko się rozpuści jest zbierany i wykorzystywany w następnych latach. Nie ma w ogóle sypania piaskiem lub (o zgrozo!) solą. Lud się nie ślizga, buty się nie niszczą, pieniądze nie są wywalane w błoto i wszyscy są zadowoleni. O ile nieodśnieżanie ulic było dla mnie dość szokujące, o tyle dbanie o chodniki w taki sposób wydaje się być dobrym rozwiązaniem.

Wraz z grudniem dopadają nas pierwsze egzaminy, semestralne eseje i masa innych obowiązków. Jak zatem powszechnie wiadomo, taki czas jest najlepszy na imprezy. Ostatnio gościliśmy na organizowanym przez ESN Pool Party. Niestety zamiast obiecywanych drinków z palemką, w barku dostępne były tylko piwo i cydr, ale nawet mimo tego drobnego niedociągnięcia bawiliśmy się przednio. Do dyspozycji mieliśmy basen z dwiema dużymi zjeżdżalniami, jacuzzi, mini-boiskiem do gry w koszykówkę (wodną), gabinet terapii światłem, a także trzy różne sauny (fińską o temp. 85 stopni, parową 50 stopni i aromatyczną 45 stopni). Do wyboru, do koloru.

Początkowo wszyscy zachowywali się grzecznie i dziewczyny siedziały razem w swoich saunach, a faceci w swoich, ale gdy towarzystwo się rozkręciło, można było spotkać osobników płci przeciwnej w nie swoich saunach. Szczęście całe, że nikt nie wchodził tam na golasa :D Jeszcze jedna ciekawostka: wiadomo, że po sesji w saunie należy się schłodzić. Jednak tylko tutaj widziałam, żeby obok zwykłych pryszniców była jedna kabina, w której na górze zawieszona była drewniana balia wypełniona zimną wodą. Wystarczyło tylko pociągnąć za sznurek, żeby sprawić sobie lodowatą kąpiel. Niezapomniane przeżycie, ale chyba raz mi wystarczy na całe życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz