niedziela, 28 października 2012

Stolyca

Rodzice wybrali prawdopodobnie najgorszy dzień do przyjazdu, mianowicie - załamanie pogody. Północ przywitała gradem, śniegiem i TIRami na letnich oponach. Na szczęście dotarli bezpiecznie do luksusowego ośrodka na przedmieściach Tartu. W przybytku mieściła się szanowana w mieście restauracja orientalna, gdzie rodzice raczyli się tradycyjnymi azjatycko-estońskimi śniadaniami. 

Korzystając z dobrodziejstwa posiadania samochodu na miejscu postanowiliśmy wybrać się do Tallinna, estońskiej stolicy i przy okazji miejsca, gdzie rezyduje więcej niż jedna trzecia mieszkańców kraju. Świeży śnieg na poboczach i drzewach dodawał trasie uroku. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Estończycy nie zajmują się tak błahymi kwestiami jak odśnieżanie dróg - w końcu i tak lód się roztopi, nieprawdaż? 
Czyszcząc światła śniegiem
W mieście spotkała nas miła niespodzianka. Wjeżdżając na parking supermarketu zauważyłem szyld, który obwieszczał (mój estoński stoi już na wysokim poziomie), że trafiliśmy na dziesiąte urodziny tegoż. A skoro urodziny, to musi być i tort! Bingo! Mniej przyjemną niespodzianką była cena za parkowanie w centrum miasta.
Jak się okazało, również w mieście niespecjalnie przejmowano się lodem i śniegiem leżącym na ulicach, dlatego niemała rzesza turystów zorganizowała sobie grupowe tańce na lodzie. Nie zraziło nas to i dzielnie staraliśmy się utrzymać równowagę. Trafiwszy na główny plac skierowaliśmy swoje kroki do jednej z najstarszych aptek w Europie, gdzie mogliśmy spotkać wesołego jeża w formalinie. Niestety, nie chciano mi sprzedać heroiny na ból głowy. Znaleźliśmy też słynną restaurację Balthasar, która słynie z tego, że wszystkie dania podawane są z czosnkiem w jakiejś formie (łącznie z lodami!). Ale nie zdecydowaliśmy się na wizytę (tym razem). W międzyczasie skosztowałem też estońskich kiełbas z dzika i łosia. Pogoda zaczęła się psuć, czas w parkometrze kończyć, a poruszanie się po oblodzonych kamieniach było utrudnione, dlatego uznaliśmy, że zaliczyliśmy i udaliśmy się w drogę powrotną.
Mama zasugerowała odwiedzenia jakiejś knajpy typowo rybnej, dlatego zaproponowałem taką, która serwowała wyłącznie ryby. To nie był może najlepszy pomysł dla mnie osobiście, gdyż nie jadam niczego, co wypełza/wypływa z wody. Na szczęście w karcie była jedna potrawa bezrybna, ufff. Współtwórczyni bloga tymczasem zamówiła na bogato - jesiotra w sosie wiśniowym (a może żurawinowym?). Trzeba pochwalić obsługę, gdyż ryby złowiła błyskawicznie, już po 40 minutach mieliśmy dania na talerzu! Na deser udaliśmy się do pubu by skosztować cydru. 

Drugi dzień bez ekscesów, oprowadziłem rodziców po mieście. Ale nie obyło się bez niespodzianek - na rzece przepływała akurat barka załadowana obywatelami Rumunii wiozącymi produkty handlowe. Podobno płynęli aż z Dunaju. 
Obowiązkowym punktem wycieczek staje się powoli dworzec kolejowy w Tartu. Być może chodzi o carski wygląd, a być może o darmową i czystą toaletę. Zajrzeliśmy też do estońskiej odpowiedzi na Halę Mirowską, czyli na Tartu Turg przed którym dumnie stoi pomnik świni. Po skończonej wycieczce postanowiliśmy poznać też trochę Tartu od wewnątrz, czyli innymi słowy, poszliśmy do pubu (tego z podobno najwyższym sklepieniem na świecie), a następnie do restauracji bałkańskiej, gdzie zjedliśmy zdecydowanie za dużo dobrego jedzenia. Ledwo wytaczając się z lokalu dotarliśmy do akademika. Tutaj posegregowałem rzeczy na "zostają" i "wypad do kraju". Nastąpiły krótkie pożegnania i tak zakończyła się gospodarska wizyta, podczas której może pogoda nas nie rozpieszczała, ale przynajmniej uchyliła rąbka tajemnicy jak wygląda życie studenta w Tartu.

Jedzenia od babć nie ubywa. 

piątek, 26 października 2012

Pierwszy śnieg

Zima zaskoczyła studentów. Nagły i niespodziewany atak śniegu okrył całą okolicę białym puchem. Skoro jest śnieg, to muszą być też prezenty. A te zostały przywiezione przez moich rodziców, którzy odwiedzili mnie dzisiaj i po długiej drodze przez słońce, śnieg i grad dotarli bezpiecznie na miejsce. 


Nasz widok z okna

Chciałbym teraz napisać o mylnych wyobrażeniach. Stały się one udziałem moich babć, które całkowicie mylnie wyobrażały sobie pojemność naszej lodówki tudzież pokoju jako takiego. Moce przerobowe naszych żołądków też zostały mocno przeszacowane. Aby ogrom zjawiska nie umknął Waszej uwadze, przedstawię poniżej pełną listę prezentów:

- 2 pietruszki
- seler
- 7 marchewek
- masełko 
- czerwona czubrica
- pudło z tortillami
- pudło z knedlami 
- 40 pierogów (kapusta i grzyby ; ser)
- 2 kg pomidorów
- 2 kg jabłek
- siata orzechów (włoskie i laskowe) przyprószone pestkami dyni
- zgrzewka mleka (12 litrów)
- aroniówka, litr
- malinówka, pół litra
- wódka G-Ż miętowa 0,7 litra
- raffaello
- milka duża
- pudełko ferrero rocher
- 15 litrów wody mineralnej
- buty zimowe
- pomadka
- ściereczka "do każdej powierzchni"
- folia aluminiowa
- folia spożywcza
- torebki strunowe
- komplet pościeli
- prześcieradło
- dwie ściery
- dwa koce
- 4 podkoszulki
- bluza
- 5 torebek barszczu czerwonego instant
- 2 torebki herbaty sagi złotej
- 3 słoiki powideł
- 2 słoiki dżemu malinowego
- 2 słoiki syropu z czarnej porzeczki
- słoik przecieru pomidorowego
- 2 słoiki buraczków
- 4 słoiki gołąbków
- 2 słoiki zrazów zawijanych
- 2 słoiki ogórków kiszonych
- 2 słoiki ogórków curry
- słoik ogórków konserwowych
- dziadek do orzechów
- otwieracz do puszek
- 2 łyżeczki do herbaty
- pudło rogalików z nadzieniem jabłkowym
- pudło wafelków czekoladowych
- pudło szyszek ryżowych
- 3 serniki
- szarlotka

Komentarz zbędny. A jutro Tallinn.

piątek, 19 października 2012

Wyścig pokoju

Polskie ślady w Tartu są liczne zarówno jeśli chodzi o historię, jak i życie codzienne. Zacznijmy od flagi.
Co bardziej spostrzegawcze osoby zauważą podobieństwo do flagi pewnego kraju w środkowej Europie. Podobieństwo to wynika z czasów panowania Stefana Batorego, kiedy to Dorpat (historyczna nazwa Tartu) był w polskim posiadaniu, a nasz importowany król nadał miastu liczne przywileje łącznie z prawem korzystania z flagi. I tak pozostało po dziś dzień. Na jednym z uniwersyteckich budynków znajduje się nawet tablica upamiętniająca to wydarzenie.

W ramach przyjemnego przedmiotu polegającego na łażeniu po muzeach i oglądaniu filmów zawitaliśmy do estońskiego muzeum sportu. Pośród wielu eksponatów (głównie finezyjnych nagród, ale obecne były i przyrządy do ćwiczeń z dawnych lat) znaleźliśmy polskie ślady. Jednym z nich był dyplom dla niejakiego Nikołaja Matwiejewa za zajęcie 6 miejsca na jednym z etapów Wyścigu Pokoju nadany przez Komitet Etapowy we Wrocławiu. Gratulujemy! Była też srebrna patera będąca darem polskich sportowców dla sportowców estońskich (w końcu politycznych braci w mlekiem i miodem płynącym bloku wschodnim). Widzieliśmy też wszystkie trzy medale zdobyte przez Estończyków na letnich igrzyskach olimpijskich, chociaż i tak bardziej nam się podobała gablota z maskotkami wspomnianych igrzysk. 





A pamiętasz Łemblej?


Wracając do współczesności, warto powiedzieć, że w estońskich sklepach można znaleźć wiele polskich produktów z różnych dziedzin, chociaż prym wiodą warzywa i owoce oraz wyroby drogeryjne. Są też takie kwiatki jak: Frugo, lody Zielona Budka, ciasteczka Tago, "polski" jogurt grecki, sery Turek, mrożonki Hortexu, sklepy Reserved i Cropp Town. Jest też bardzo trudno kupić cukier inny, niż polski. 

Co do samych Estończyków, to podobnie jak my, lubią pośpiewać i potańczyć. Byliśmy tego świadkami podczas dwóch imprez, na których byliśmy w ramach odbywających się właśnie "tudengipäevad" - tutejszych juwenaliów. Najpierw uczestniczyliśmy (biernie) w karaoke w podobno najwyższym pubie świata, gdzie mogliśmy zobaczyć taneczne podrygi Estończyków. Strzeliliśmy też po jednym piwie, a co! Drugą imprezą było Jam Session, gdzie co prawda dominowali Erasmusi, ale były też zespoły złożone z autochtonów. 


Jedno piwo


Bryan Adams, Sting i opalony Rod Stewart


Wspomniana już wcześniej wspólna (poniekąd) historia ekonomiczna Polski i Estonii skłoniła mnie do zagłębienia się w temat czasów radzieckiego panowania. W jednym z muzeów natknąłem się na poniższe urocze eksponaty. Któż by nie chciał mieć zdjęcia z Karolem?


Och, Karol!

środa, 17 października 2012

Pierwszy gość!

Stało się. W zeszły czwartek przybył do nas pierwszy długo wyczekiwany gość - moja mama. Wraz z nią przybyły 2 litry polskiej wódki i nalewek (rodzinna duma - pigwówka) oraz żurek instant, szarlotka i mleko UHT. W skrócie mówiąc, same najpotrzebniejsze studentowi rzeczy. Trochę żałuję, że reszta mojej rodziny nie przyjechała, ale byznes ys byznes i nic na to nie poradzę.

Gościa należało przyjąć z wszelkimi honorami, zatem zaoferowaliśmy mojej mamie pakiet all-inclusive. Nocleg, pełne wyżywienie, a także zwiedzanie z nami w roli przewodników (za darmo!). Jeśli chodzi o zwiedzanie to pogoda trafiła nam się zupełnie nieestońska - przez cały weekend przyjemnie świeciło słońce,  choć temperatura była dość niska, a deszcz padał tylko wtedy, gdy zwiedzaliśmy wnętrza. Zatem postanowiliśmy pokazać to, co miasto ma najlepsze.

Bajkowo
Tęcza też była!
Oprócz typowych evergreenów, typu: ratusz, stare miasto, budynki uniwersytetu, czy mosty anioła i diabła, wybraliśmy się również do ruin katedry, Muzeum Historii Uniwersytetu w Tartu, na dworzec kolejowy i do  ogrodu botanicznego. Okazało się, że trafiliśmy na jedyny dzień w tygodniu kiedy tarasy widokowe w ruinach katedry są dostępne dla zwiedzających. Z lubością przystąpiliśmy do wspinania się po stromych schodkach, aby dostać się na szczyty wież katedry i podziwiać panoramę Tartu. W międzyczasie zahaczyliśmy o mini-wystawę znajdującą się po drodze, z której to dowiedzieliśmy się, że odbudową tego, co zostało z katedry zajmowała się firma Budimex, z Polski. Inżynier Karwowski by tego lepiej nie wymyślił. Ale muszę przyznać, że Polacy robotę odwalili znakomicie - zapomnieli tylko o oznakowaniu w jakiś sposób niskiego sklepienia przy jednym wejściu na schody, czego efektem było nabicie sobie przeze mnie guza. Tak się rymsnęłam, że aż mi zęby szczęknęły i myślałam, że będę musiała je zbierać z podłogi. Niebezpieczne robili te średniowieczne budowle. Ale widoki były tego warte.

Like mother, like daughter
Sebastian wypuszczający rękawiczkę pokoju
W Muzeum Historii zwiedziliśmy wszystko, co mieli; zwłaszcza podobała mi się wystawa prezentująca znakomitości skarbca Uniwersytetu oraz ekspozycja prezentująca życie studentów Uniwersytetu na przestrzeni lat (znaleźliśmy tam jeden polski smaczek, który bardzo mi przypadł do gustu).

Najbardziej ze wszystkich zabytków mojej mamie spodobał się chyba dworzec kolejowy. Chwaliła, że ładny, że czysty, że ma duszę, że drzwi dębowe, a klamki złote. Cóż, widać kolej nie musi mieć miliardów połączeń i pasażerów na dzień, aby reprezentować sobą pewien standard. Szkoda, że Polsce dworce wyglądają jakby potrzebowały reanimacji.
 
Tartuski kiciuś spotkany w drodze na dworzec
Ostatnią miłą rzeczą na zakończenie dnia było spotkanie perskiej kotki szylkretowej typu tricolor, która spacerowała sobie ulicą, a nasze zawołania "kici-kici" dziarsko i bez żadnego czajenia się podbiegła, aby się przywitać i dać się nieco pogłaskać (chyba jej się podobało, bo cały czas mruczała).

 

W przyszłym tygodniu przewidujemy wizytację rodziców mojego partnera blogowego, także stay tuned.