piątek, 19 października 2012

Wyścig pokoju

Polskie ślady w Tartu są liczne zarówno jeśli chodzi o historię, jak i życie codzienne. Zacznijmy od flagi.
Co bardziej spostrzegawcze osoby zauważą podobieństwo do flagi pewnego kraju w środkowej Europie. Podobieństwo to wynika z czasów panowania Stefana Batorego, kiedy to Dorpat (historyczna nazwa Tartu) był w polskim posiadaniu, a nasz importowany król nadał miastu liczne przywileje łącznie z prawem korzystania z flagi. I tak pozostało po dziś dzień. Na jednym z uniwersyteckich budynków znajduje się nawet tablica upamiętniająca to wydarzenie.

W ramach przyjemnego przedmiotu polegającego na łażeniu po muzeach i oglądaniu filmów zawitaliśmy do estońskiego muzeum sportu. Pośród wielu eksponatów (głównie finezyjnych nagród, ale obecne były i przyrządy do ćwiczeń z dawnych lat) znaleźliśmy polskie ślady. Jednym z nich był dyplom dla niejakiego Nikołaja Matwiejewa za zajęcie 6 miejsca na jednym z etapów Wyścigu Pokoju nadany przez Komitet Etapowy we Wrocławiu. Gratulujemy! Była też srebrna patera będąca darem polskich sportowców dla sportowców estońskich (w końcu politycznych braci w mlekiem i miodem płynącym bloku wschodnim). Widzieliśmy też wszystkie trzy medale zdobyte przez Estończyków na letnich igrzyskach olimpijskich, chociaż i tak bardziej nam się podobała gablota z maskotkami wspomnianych igrzysk. 





A pamiętasz Łemblej?


Wracając do współczesności, warto powiedzieć, że w estońskich sklepach można znaleźć wiele polskich produktów z różnych dziedzin, chociaż prym wiodą warzywa i owoce oraz wyroby drogeryjne. Są też takie kwiatki jak: Frugo, lody Zielona Budka, ciasteczka Tago, "polski" jogurt grecki, sery Turek, mrożonki Hortexu, sklepy Reserved i Cropp Town. Jest też bardzo trudno kupić cukier inny, niż polski. 

Co do samych Estończyków, to podobnie jak my, lubią pośpiewać i potańczyć. Byliśmy tego świadkami podczas dwóch imprez, na których byliśmy w ramach odbywających się właśnie "tudengipäevad" - tutejszych juwenaliów. Najpierw uczestniczyliśmy (biernie) w karaoke w podobno najwyższym pubie świata, gdzie mogliśmy zobaczyć taneczne podrygi Estończyków. Strzeliliśmy też po jednym piwie, a co! Drugą imprezą było Jam Session, gdzie co prawda dominowali Erasmusi, ale były też zespoły złożone z autochtonów. 


Jedno piwo


Bryan Adams, Sting i opalony Rod Stewart


Wspomniana już wcześniej wspólna (poniekąd) historia ekonomiczna Polski i Estonii skłoniła mnie do zagłębienia się w temat czasów radzieckiego panowania. W jednym z muzeów natknąłem się na poniższe urocze eksponaty. Któż by nie chciał mieć zdjęcia z Karolem?


Och, Karol!

1 komentarz:

  1. alez szczescie! caly wieczor szukam opini i informacji o tartu az znalazlam was :)
    jesli mielibyscie chwilke prosze odezwijcie się na: milada.plominska@gmail.com , mam parę pytań bo też sama zamierzam wyjechac do tartu, bylabym niezmiernie wdzieczna za odpowiedzi :)

    OdpowiedzUsuń