Korzystając z dobrodziejstwa posiadania samochodu na miejscu postanowiliśmy wybrać się do Tallinna, estońskiej stolicy i przy okazji miejsca, gdzie rezyduje więcej niż jedna trzecia mieszkańców kraju. Świeży śnieg na poboczach i drzewach dodawał trasie uroku. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Estończycy nie zajmują się tak błahymi kwestiami jak odśnieżanie dróg - w końcu i tak lód się roztopi, nieprawdaż?
| Czyszcząc światła śniegiem |
Jak się okazało, również w mieście niespecjalnie przejmowano się lodem i śniegiem leżącym na ulicach, dlatego niemała rzesza turystów zorganizowała sobie grupowe tańce na lodzie. Nie zraziło nas to i dzielnie staraliśmy się utrzymać równowagę. Trafiwszy na główny plac skierowaliśmy swoje kroki do jednej z najstarszych aptek w Europie, gdzie mogliśmy spotkać wesołego jeża w formalinie. Niestety, nie chciano mi sprzedać heroiny na ból głowy. Znaleźliśmy też słynną restaurację Balthasar, która słynie z tego, że wszystkie dania podawane są z czosnkiem w jakiejś formie (łącznie z lodami!). Ale nie zdecydowaliśmy się na wizytę (tym razem). W międzyczasie skosztowałem też estońskich kiełbas z dzika i łosia. Pogoda zaczęła się psuć, czas w parkometrze kończyć, a poruszanie się po oblodzonych kamieniach było utrudnione, dlatego uznaliśmy, że zaliczyliśmy i udaliśmy się w drogę powrotną.
Mama zasugerowała odwiedzenia jakiejś knajpy typowo rybnej, dlatego zaproponowałem taką, która serwowała wyłącznie ryby. To nie był może najlepszy pomysł dla mnie osobiście, gdyż nie jadam niczego, co wypełza/wypływa z wody. Na szczęście w karcie była jedna potrawa bezrybna, ufff. Współtwórczyni bloga tymczasem zamówiła na bogato - jesiotra w sosie wiśniowym (a może żurawinowym?). Trzeba pochwalić obsługę, gdyż ryby złowiła błyskawicznie, już po 40 minutach mieliśmy dania na talerzu! Na deser udaliśmy się do pubu by skosztować cydru.
Drugi dzień bez ekscesów, oprowadziłem rodziców po mieście. Ale nie obyło się bez niespodzianek - na rzece przepływała akurat barka załadowana obywatelami Rumunii wiozącymi produkty handlowe. Podobno płynęli aż z Dunaju.
Obowiązkowym punktem wycieczek staje się powoli dworzec kolejowy w Tartu. Być może chodzi o carski wygląd, a być może o darmową i czystą toaletę. Zajrzeliśmy też do estońskiej odpowiedzi na Halę Mirowską, czyli na Tartu Turg przed którym dumnie stoi pomnik świni. Po skończonej wycieczce postanowiliśmy poznać też trochę Tartu od wewnątrz, czyli innymi słowy, poszliśmy do pubu (tego z podobno najwyższym sklepieniem na świecie), a następnie do restauracji bałkańskiej, gdzie zjedliśmy zdecydowanie za dużo dobrego jedzenia. Ledwo wytaczając się z lokalu dotarliśmy do akademika. Tutaj posegregowałem rzeczy na "zostają" i "wypad do kraju". Nastąpiły krótkie pożegnania i tak zakończyła się gospodarska wizyta, podczas której może pogoda nas nie rozpieszczała, ale przynajmniej uchyliła rąbka tajemnicy jak wygląda życie studenta w Tartu.
Jedzenia od babć nie ubywa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz