Z przyjemniejszych rzeczy, w zeszłym tygodniu udaliśmy się na wyprawę do Muzeum Zabawek w Tartu. Muzeum znajduje się przy jednej z wąskich uliczek starego miasta i mieści się w trzech pięknie zachowanych starych drewnianych domach, których dużo można spotkać w okolicach centrum. Nawiasem mówiąc, jestem zachwycona tą architekturą, bo wygląda pięknie; domy są pomalowane kolorowo (często w dwóch kolorach, np. ramy okien, futryny ciemniejszym odcieniem, reszta elewacji jaśniejszym) i dzięki temu nawet szary i deszczowy dzień nabiera kolorytu.
Ale wracając do muzeum: domy, w których się ono znajduje są ze sobą połączone, więc bez problemu można przejść z jednego do drugiego. Hmmm, może nie bez problemu, ponieważ w muzeum jest tyle pomieszczeń, zakamarków, przejść, że bez przewodnika łatwo się tam zgubić. Widać, że jest to miejsce stworzone z myślą o dzieciakach: toalety są mikroskopijne, a umywalki na wysokości połowy moich ud, jest kącik z grami planszowymi, teatrzyk kukiełkowy, poddasze jednego z domów zostało przerobione na "małpi gaj" z zabawkami, a wszystko to, co nie za szybką, można wziąć do ręki. Pomieszczenia zostały podzielone tematycznie: od starych porcelanowych lalek, poprzez szmaciane lalki i pluszaki wszelkiej maści, po zupełnie współczesne zabawki. Wszystkich eksponatów było tyle, że aż chciało się dłużej wzrok zawiesić na każdym z nich, ale wtedy chyba nie wyszlibyśmy z muzeum do wieczora. Wśród tej gigantycznej ilości zabawek sami poczuliśmy się jak dzieci i po skończonym oficjalnym zwiedzaniu z przewodniczką zostaliśmy w muzeum jeszcze pół godziny, wgapiając się chciwie w fantastyczne eksponaty i grając w gry planszowe. W końcu głód i perspektywa obiadu do zrobienia wygoniła nas stamtąd. Mam ochotę pójść tam raz jeszcze, bo wydaje mi się, że nie obejrzałam wszystkiego, a już na pewno nie tak dokładnie jak bym chciała.
| Monsieur le chat |
| Misiowa herbatka |
| Pikachu w doborowym towarzystwie |
| Creepy Misha |
I znowu natrafiliśmy na polski akcent: książki o Królu Maciusiu Pierwszym, zarówno w wersji polskiej, jak i estońskiej, tłumaczone i wydane w Estonii we współpracy w polską ambasadą.W gablocie, którą można roboczo nazwać "zabawki świata", znajdował się natomiast krakowski Lajkonik.
Jeszcze a propos Polski: w tę środę współorganizujemy wieczór polski w Tartu i aby lepiej zapoznać cudzoziemców z naszą kulturą, postaraliśmy się, aby na imprezie można było spróbować również co nieco polskiego jedzenia. A że ktoś (czytaj: organizatorzy) musi je przygotować, to po dzisiejszych zakupach spożywczych (na szczęście na koszt tutejszego ESN-u) w naszym pokoju/lodówce zagościło: 25 kg ziemniaków, 70 jajek, dwie butle majonezu, 2 kg boczku/słoniny, 3 pęczki szczypiorku i dwie kostki masła. Czeka nas ciężka środa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz