niedziela, 30 września 2012

Efekt statystyczny

W naszym akademiku jest około 700 miejsc.Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że mniej więcej 500 z nich zajmują studenci zagraniczni. To oznacza, że jest bardzo prawdopodobne, iż każdego dnia ktoś ma urodziny i tym samym istnieje znakomita okazja do zabawy. Ostatnie dni potwierdziły to przypuszczenie. 
Były to kompletnie dwie różne imprezy. Bohaterką pierwszej była nasza sąsiadka, Amerykanka. Były kolorowe drinki i większości standing-party. Było też duże zagęszczenie Gruzinów, dlatego atmosfera szybko zaczęła przypominać spotkanie rodzinne. Gospodarz i zarazem partner jubilatki ściśle trzymał się zasad ustalonych w akademiku i niemal równo z godziną wybicia ciszy nocnej zaproszeni goście udali się do klubu. Trzeba też dodać, że amerykańsko-gruzińska para wróciła nad ranem i od razu udała się autobusem do Monachium. 24-godzinna jazda z pewnością zrobiła im dobrze.

Wczoraj natomiast bohaterem dnia był nasz krajan. Krajobraz zmienił się nie do poznania, dwa stoły uginały się od jedzenia (była też nasza imprezowa specjalność - tzatziki) i różnych alkoholi (nie ukrywajmy - głównie mocnych), a goście debatowali w pozycji siedzącej zajadając przeróżne smakołyki. Były też mocno polskie wątki dotyczące odzyskania Królewca, Wilna, Lwowa, a nawet Odessy. Impreza dryfowała spokojnie w kierunku bliżej nieokreślonym, aż do chwili, w której goście z trzech innych imprez urodzinowych zaczęli się mieszać i spotykać a to wprost na korytarzu, a to w palarni, a to gdziekolwiek indziej. Nie można powiedzieć, że trzymaliśmy się ściśle grafiku i pozostaliśmy na posterunku do późnych godzin nocnych, co spotkało się z ambiwalentną reakcją administratorów budynku. W międzyczasie rozpaczaliśmy z Hiszpanami nad porażką Sevilli, skosztowaliśmy czarnego łotewskiego balsamu tudzież podziwialiśmy zabawy z aligatorami w Luizjanie. Nie mieliśmy żadnych problemów z zaśnięciem. 

W środę natomiast (wówczas to winna się pojawić notka, ale się nie udało z przyczyn bardzo od nas zależnych) udaliśmy się na estoński wieczór tematyczny do pobliskiego baru. Organizatorzy z ESN rozbudzili nasze apetyty zapowiedzią zastawienia stołów estońskimi specjalnościami kulinarnymi lecz niestety skończyło się na ziemniakach, chlebie i jabłeczniku. Były natomiast bardzo efektowne pokazy tańców ludowych i nieco mniej efektowna prezentacja przybliżająca nam kraj, w którym przebywamy (chociaż żadna informacja nas nie zaskoczyła). Atmosfera spotkania była luźna i przez to wyborna, stolica naszego pięknego kraju została pochwalona przez Włocha, a Słowacy i Czesi chętnie wymieniali się z nami dokumentami. Prawdziwym hitem okazała się promocja piwa Alexander (2=3), która miała jednak tę wadę, że nikt nie mógł odnaleźć SWOJEGO piwa, gdy choć na chwilę stracił je z oczu.

Mam nadzieję, że obecne zaniedbanie co do częstotliwości pisania to jedynie wypadek przy pracy.

niedziela, 23 września 2012

Lost in Taevaskoja

W sobotę wybraliśmy się na zorganizowaną przez miejscowy ESN kolejową wycieczkę do miejscowości Taevaskoja. Naszym pierwszym przystankiem był dworzec kolejowy w Tartu. Czuć w nim było ducha carskiej kolei, ale jednocześnie zwiedzając go nieco, odczuliśmy pewne zdziwienie - toaleta nie dość, że była zadbana, to jeszcze bezpłatna! Dziwna sprawa. Co więcej, bilet dało się kupić w pociągu (bez dopłaty), a przemiła pani konduktor rozumiała angielski i w dodatku doradzała nam jaki bilet kupić, żeby było najtaniej.

Nabrawszy podejrzeń, co do tego czy taki standard kolei naprawdę istnieje, a nie tylko nam się śni, przebyliśmy w godzinę trasę około 40 kilometrów i dotarliśmy do Taevaskoja. Malutka stacja, a zaraz za nią las. Dziarsko weszliśmy w puszczę i stwierdziliśmy, że las jak las i wiele się od polskiego nie różni. Po kilkudziesięciu minutach marszu dotarliśmy do jeziora, w  okolicach którego znajdowało się źródło. Wg starej estońskiej legendy, kto napije się wody z tego źródła, będzie wiecznie młody. Oboje się napiliśmy, w efekcie czego Sebastian odczuł znaczne zmniejszenie się zakoli.

Docelowym punktem naszej wędrówki była polana u stóp urokliwej formacji skalnej, przypominającej polskie formy krasowe. Cała grupa rozsiadła się wygodnie, aby nieco odpocząć, nieliczni rozpalili grilla i przygotowali kiełbachy, reszta konsumowała co miała w zanadrzu. Po godzinie odpoczynku ESN-owi organizatorzy zapytali czy nie chcemy wybrać się na mały 5-6 kilometrowy hajking po okolicy. I tu zaczęła się zabawa. Wędrując po krętych leśnych szlakach, potykając się o rozliczne korzenie (w międzyczasie znajdując dwa podgrzybki), ślizgając się po wilgotnym mchu, w pewnym momencie zauważyliśmy, że nasza wannabe przewodniczka coraz częściej przystaje. Po półtorej godziny takiej wędrówki, okazało się, że się zgubiliśmy, organizatorzy nie znają okolicy, pobliscy mieszkańcy też nic nie wiedzą i ogólnie kaplica. Dodatkowej pikanterii dodawał fakt, że do odjazdu ostatniego pociągu pozostawało niewiele czasu i musimy się sprężyć, aby nań zdążyć (co było trudne, z racji tego, że nikt nie wiedział w którą stronę iść).

W ruch poszły komórki, google mapsy i systemy GPS. Organizatorzy prowadzili nas przez bagna, pola i podmokłe łąki. W butach zrobiło mi się błoto, byłam zmęczona, wściekła i przemoczona. Ale trzeba było iść. W końcu pewien nie mniej poirytowany Czech postanowił przejąć inicjatywę, wcielić się w rolę tymczasowego przewodnika i udało mu się krętymi ścieżkami doprowadzić nas w to miejsce, z którego wchodziliśmy do lasu. Pozostawała jednak kwestia pociągu, ponieważ od właściwej puszczy do stacji było ok. 1,5 kilometra. Ścisnęliśmy z Sebastianem poślady, wrzuciliśmy piąty bieg i spróbowaliśmy dotrzeć w miarę szybko na stację. Niestety spóźniliśmy się około 10 minut.

Pozostało nam (i kilku innym osobom, które porwały się na ten desperacki czyn) siedzieć i czekać 3,5 godziny na autobus w stronę Tartu. Dobrze chociaż, że tutaj ESN nie dał ciała, bo udało im się załatwić prywatny autobus, który tylko po godzinie czekania zabrał nas w drogę powrotną pod sam akademik.

Reasumując, mamy chociaż trochę grzybów na bigos, moje buty nadają się tylko do pralki, a niekwestionowanym hymnem wyjazdu dedykowanym przez wszystkich ESN-owi została ta piosenka:


I jak zwykle kilka zdjęć:







czwartek, 20 września 2012

Eesti Rahva Muuseum

Na wstępie wypadałoby przeprosić, że tak długo nas nie było, ale dopadły nas pierwsze przeziębienia, katary i ogólne niedyspozycje. Jednak po spożyciu ton grejpfrutów, witaminy C oraz innych medykamentów jesteśmy z powrotem.

Wczoraj w ramach przedmiotu "Insights to Estonian Culture" udaliśmy się do Estońskiego Muzeum Narodowego, którego siedziba znajduje się w Tartu. Zazwyczaj mówiąc "muzeum narodowe", myśli się "obrazy i rzeźby autorstwa rodzimych artystów". A tu nie ma! Estońskie muzeum ma więcej wspólnego z muzeum etnograficznym, prezentującym historię Estonii na przestrzeni wieków z perspektywy ludzi, ich zwyczajów i zachowań.

I tak nasze zwiedzanie (z przewodnikiem!) zaczęliśmy od obejrzenia rekonstrukcji chat, w których mieszkali pierwsi tubylcy, autentycznych narzędzi jakimi się posługiwali, czy strojów w jakie się ubierali. Muzeum, choć niewielkie, posiada bardzo bogate zbiory ubrań, biżuterii oraz narzędzi z każdego obszaru Estonii, których na ekspozycji można zobaczyć niestety tylko1%. Sebastianowi najbardziej podobała gablota z drewnianymi zdobionymi kuflami (był wśród nich okaz z rzeźbioną wiewiórką zamiast uchwytu).

Ostatnim elementem wycieczki było zwiedzanie pomieszczeń stylizowanych na wnętrza estońskie z okresu tuż-powojennego, lat 50. oraz 80. Meble oraz reszta wyposażenia były autentyczne i pochodziły z tamtych okresów. I to chyba był element, który mi najbardziej przypadł do gustu, bo mogłam zobaczyć jak wyglądało mieszkanie Estończyków w ostatnich. Meblościanka z lat 80. nie różniła się specjalnie od PRLowej, a całość wyglądała bardzo "swojsko". Poczułam się prawie jak u dziadków :)

Niby na drzwiach widniał zakaz fotografowania, ale jestem takim zakapiorem, że zrobiłam kilka zdjęć:
Narzędzia. Duuużo narzędzi.


Elegancki strój do polowania na foki




Wujaszek Stalin zawsze patrzy.

sobota, 15 września 2012

Gradobicie w Viljandi

Nasze niezaspokojone żądze podróżowania przywiodły nas aż do sąsiedniego "województwa", do jego stolicy - Viljandi. Miasto nie w kij dmuchał, gdyż szóste co do wielkości w kraju! Co oznacza ponad 20 tysięcy mieszkańców! Nie uwierzyliśmy prognozom pogodowym gugla i wyruszyliśmy na zachód. Ledwo wyjechaliśmy z Tartu - wjechaliśmy w ścianę deszczu. Niezrażeni liczyliśmy, że będzie on jeno przelotny. Nadzieje okazały się płonne :D

Po przyjeździe na miejsce sytuacja nie wyglądała wcale lepiej, dlatego postanowiliśmy przeczekać ulewę (a właściwie burzę, jak się okazało) w restauracji. W dodatku ormiańskiej. Ormiański książę za ladą przyjął zamówienie na mojego kebsa i gosiowego omleta a my czekaliśmy na słońce. O dziwo, w połowie pałaszowania - powróciło! Radośnie zaczęliśmy zwiedzać, oglądać, zdjęcia cykać. 

Dla wytrawnego zwiedzacza oczywistym jest, że każdą taką wyprawę należy zacząć od posągu konia. Pozostaliśmy wierni tej tradycji. 
W poczuciu dobrze wykonanego obowiązku mogliśmy przystąpić do podziwiania widoków ruin teutońskiego zamku wzniesionego nad pobliskim jeziorem. 

Znakiem rozpoznawczym Viljandi jest wiszący most, który słynie z tego, że wisi. Niestety ledwo na niego wkroczyliśmy, a zaatakował nas grad i skutecznie wypłoszył (chwilowo). 

To musiała być sprawka Sarumana. Chytrze go przeczekaliśmy i po przerwie zaatakowaliśmy ponownie (choć przez chwilę byliśmy ciężko obrażeni).

 Wśród innych światowych atrakcji odnaleźliśmy katedrę, która była inspiracją dla ulubionej serii gier ks. Natanka, czyli Diab(o)lo, urokliwe uliczki przypominające angielski styl czerwonej cegły tudzież porozsiewane gdzieniegdzie gigantyczne truskawki i starą wieżę ciśnień wznoszącą się nad miastem. 

Z jej szczytu dostrzegliśmy nadciągającą kolejną falę deszczu. Wycieczkę zakończyłem złożeniem podpisu pod umową o współpracy kulturalnej pomiędzy Ursynowem a Viljandi. 

Ciekawostka: w Estonii zamiast "Legia pany" albo "Polonia obiera ziemniaki widelcem" na wiaduktach widnieją napisy "Tere hommikust", co stanowi odpowiednik angielskiego "Good morning". Inna kultura.

Ciekawostka 2: Najdłuższą walkę zapaśniczą w historii igrzysk stoczył Estończyk, Martin Klein. Starcie trwało 11 godzin i 40 minut. Wygrał ją, zdobywają srebrny medal, pierwszy w historii kraju. 

wtorek, 11 września 2012

AHHAA, czyli aaaa, taka zamiana!

Niezaspokojony pęd do wiedzy przywiódł nas do estońskiego centrum Kopernika dla ubogich znanego też jako Teaduskeskus AHHAA. U progu przywitał nas kran-gigant bez dopływu, z którego magicznym sposobem lało się piwo. A może woda, nie pamiętam. Już przy samym wejściu usłyszeliśmy harmider kojarzący się jednoznacznie ze zgrają bachorów, co upewniło nas w przekonaniu, że nie będzie to spokojne zwiedzanie. 

Zanim zakupiliśmy bilety, postanowiłem skoczyć na małą herbatkę. 

Opiłem się niemożebnie, dlatego musiałem sobie przysiąść. 

Gdy już weszliśmy na salę od razu daliśmy ciała układając klocki i kompletnie nie potrafiliśmy sobie poradzić z ich ułożeniem w litery. Człowiek głupieje z każdym dniem... Na szczęście reszta eksponatów nie wymagała inwencji twórczej. Przesypaliśmy też całą Saharę do kuli, co mocno Gosię zmęczyło. 


Następnym przystankiem był gabinet luster, który nie był taki oczywisty do przejścia, czego potwierdzeniem niech będzie fakt, że Gosia za drugim razem weszła i wyszła w tym samym miejscu. Pewnie dlatego, że zamiast się orientować w przestrzeni, cykała foty. 

W pokoju z grą świateł Mroczek Małgorzata znalazła swojego faworyta - baunsujące magnesiki. m.in. na melodię:

Był też mały tribute to U2. Odnaleźliśmy maszyny wykorzystywane do teledysków Staring at the Sun i Discotheque. W następnym pokoju była POMPA. A nawet kilka(naście?) i z każdej żeśmy skorzystali skwapliwie. Były też jakże SŁODKIE wykluwające się kurczaczki tudzież mrówki, które nie były już tak słodkie, raczej kwaśne. W sali głównej czekała prawdopodobnie najbardziej widowiskowa atrakcja, czyli przejazd rowerem po linie na wysokości złamania nogi (co w końcu mi się udało - dowody na zdjęciu). 

 

Mimo że głównym targetem tego miejsca jest niewątpliwie dzieciarnia, to ubawiliśmy się jak dzikie surykatki. To krok w dobrym kierunku i jak tylko kolejka przed centrum Kopernika nie będzie przechodzić przez trzy dzielnice, to udamy się też i tam!