W naszym akademiku jest około 700 miejsc.Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że mniej więcej 500 z nich zajmują studenci zagraniczni. To oznacza, że jest bardzo prawdopodobne, iż każdego dnia ktoś ma urodziny i tym samym istnieje znakomita okazja do zabawy. Ostatnie dni potwierdziły to przypuszczenie.
Były to kompletnie dwie różne imprezy. Bohaterką pierwszej była nasza sąsiadka, Amerykanka. Były kolorowe drinki i większości standing-party. Było też duże zagęszczenie Gruzinów, dlatego atmosfera szybko zaczęła przypominać spotkanie rodzinne. Gospodarz i zarazem partner jubilatki ściśle trzymał się zasad ustalonych w akademiku i niemal równo z godziną wybicia ciszy nocnej zaproszeni goście udali się do klubu. Trzeba też dodać, że amerykańsko-gruzińska para wróciła nad ranem i od razu udała się autobusem do Monachium. 24-godzinna jazda z pewnością zrobiła im dobrze.
Wczoraj natomiast bohaterem dnia był nasz krajan. Krajobraz zmienił się nie do poznania, dwa stoły uginały się od jedzenia (była też nasza imprezowa specjalność - tzatziki) i różnych alkoholi (nie ukrywajmy - głównie mocnych), a goście debatowali w pozycji siedzącej zajadając przeróżne smakołyki. Były też mocno polskie wątki dotyczące odzyskania Królewca, Wilna, Lwowa, a nawet Odessy. Impreza dryfowała spokojnie w kierunku bliżej nieokreślonym, aż do chwili, w której goście z trzech innych imprez urodzinowych zaczęli się mieszać i spotykać a to wprost na korytarzu, a to w palarni, a to gdziekolwiek indziej. Nie można powiedzieć, że trzymaliśmy się ściśle grafiku i pozostaliśmy na posterunku do późnych godzin nocnych, co spotkało się z ambiwalentną reakcją administratorów budynku. W międzyczasie rozpaczaliśmy z Hiszpanami nad porażką Sevilli, skosztowaliśmy czarnego łotewskiego balsamu tudzież podziwialiśmy zabawy z aligatorami w Luizjanie. Nie mieliśmy żadnych problemów z zaśnięciem.
W środę natomiast (wówczas to winna się pojawić notka, ale się nie udało z przyczyn bardzo od nas zależnych) udaliśmy się na estoński wieczór tematyczny do pobliskiego baru. Organizatorzy z ESN rozbudzili nasze apetyty zapowiedzią zastawienia stołów estońskimi specjalnościami kulinarnymi lecz niestety skończyło się na ziemniakach, chlebie i jabłeczniku. Były natomiast bardzo efektowne pokazy tańców ludowych i nieco mniej efektowna prezentacja przybliżająca nam kraj, w którym przebywamy (chociaż żadna informacja nas nie zaskoczyła). Atmosfera spotkania była luźna i przez to wyborna, stolica naszego pięknego kraju została pochwalona przez Włocha, a Słowacy i Czesi chętnie wymieniali się z nami dokumentami. Prawdziwym hitem okazała się promocja piwa Alexander (2=3), która miała jednak tę wadę, że nikt nie mógł odnaleźć SWOJEGO piwa, gdy choć na chwilę stracił je z oczu.
Mam nadzieję, że obecne zaniedbanie co do częstotliwości pisania to jedynie wypadek przy pracy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz