Nasze niezaspokojone żądze podróżowania przywiodły nas aż do sąsiedniego "województwa", do jego stolicy - Viljandi. Miasto nie w kij dmuchał, gdyż szóste co do wielkości w kraju! Co oznacza ponad 20 tysięcy mieszkańców! Nie uwierzyliśmy prognozom pogodowym gugla i wyruszyliśmy na zachód. Ledwo wyjechaliśmy z Tartu - wjechaliśmy w ścianę deszczu. Niezrażeni liczyliśmy, że będzie on jeno przelotny. Nadzieje okazały się płonne :D
Po przyjeździe na miejsce sytuacja nie wyglądała wcale lepiej, dlatego postanowiliśmy przeczekać ulewę (a właściwie burzę, jak się okazało) w restauracji. W dodatku ormiańskiej. Ormiański książę za ladą przyjął zamówienie na mojego kebsa i gosiowego omleta a my czekaliśmy na słońce. O dziwo, w połowie pałaszowania - powróciło! Radośnie zaczęliśmy zwiedzać, oglądać, zdjęcia cykać.
Dla wytrawnego zwiedzacza oczywistym jest, że każdą taką wyprawę należy zacząć od posągu konia. Pozostaliśmy wierni tej tradycji.
W poczuciu dobrze wykonanego obowiązku mogliśmy przystąpić do podziwiania widoków ruin teutońskiego zamku wzniesionego nad pobliskim jeziorem.
Znakiem rozpoznawczym Viljandi jest wiszący most, który słynie z tego, że wisi. Niestety ledwo na niego wkroczyliśmy, a zaatakował nas grad i skutecznie wypłoszył (chwilowo).
To musiała być sprawka Sarumana. Chytrze go przeczekaliśmy i po przerwie zaatakowaliśmy ponownie (choć przez chwilę byliśmy ciężko obrażeni).
Wśród innych światowych atrakcji odnaleźliśmy katedrę, która była inspiracją dla ulubionej serii gier ks. Natanka, czyli Diab(o)lo, urokliwe uliczki przypominające angielski styl czerwonej cegły tudzież porozsiewane gdzieniegdzie gigantyczne truskawki i starą wieżę ciśnień wznoszącą się nad miastem.
Z jej szczytu dostrzegliśmy nadciągającą kolejną falę deszczu. Wycieczkę zakończyłem złożeniem podpisu pod umową o współpracy kulturalnej pomiędzy Ursynowem a Viljandi.
Ciekawostka: w Estonii zamiast "Legia pany" albo "Polonia obiera ziemniaki widelcem" na wiaduktach widnieją napisy "Tere hommikust", co stanowi odpowiednik angielskiego "Good morning". Inna kultura.
Ciekawostka 2: Najdłuższą walkę zapaśniczą w historii igrzysk stoczył Estończyk, Martin Klein. Starcie trwało 11 godzin i 40 minut. Wygrał ją, zdobywają srebrny medal, pierwszy w historii kraju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz