Niezaspokojony pęd do wiedzy przywiódł nas do estońskiego centrum Kopernika dla ubogich znanego też jako Teaduskeskus AHHAA. U progu przywitał nas kran-gigant bez dopływu, z którego magicznym sposobem lało się piwo. A może woda, nie pamiętam. Już przy samym wejściu usłyszeliśmy harmider kojarzący się jednoznacznie ze zgrają bachorów, co upewniło nas w przekonaniu, że nie będzie to spokojne zwiedzanie.
Zanim zakupiliśmy bilety, postanowiłem skoczyć na małą herbatkę.
Opiłem się niemożebnie, dlatego musiałem sobie przysiąść.
Gdy już weszliśmy na salę od razu daliśmy ciała układając klocki i kompletnie nie potrafiliśmy sobie poradzić z ich ułożeniem w litery. Człowiek głupieje z każdym dniem... Na szczęście reszta eksponatów nie wymagała inwencji twórczej. Przesypaliśmy też całą Saharę do kuli, co mocno Gosię zmęczyło.
Następnym przystankiem był gabinet luster, który nie był taki oczywisty do przejścia, czego potwierdzeniem niech będzie fakt, że Gosia za drugim razem weszła i wyszła w tym samym miejscu. Pewnie dlatego, że zamiast się orientować w przestrzeni, cykała foty.
W pokoju z grą świateł Mroczek Małgorzata znalazła swojego faworyta - baunsujące magnesiki. m.in. na melodię:
Był też mały tribute to U2. Odnaleźliśmy maszyny wykorzystywane do teledysków Staring at the Sun i Discotheque. W następnym pokoju była POMPA. A nawet kilka(naście?) i z każdej żeśmy skorzystali skwapliwie. Były też jakże SŁODKIE wykluwające się kurczaczki tudzież mrówki, które nie były już tak słodkie, raczej kwaśne. W sali głównej czekała prawdopodobnie najbardziej widowiskowa atrakcja, czyli przejazd rowerem po linie na wysokości złamania nogi (co w końcu mi się udało - dowody na zdjęciu).
Mimo że głównym targetem tego miejsca jest niewątpliwie dzieciarnia, to ubawiliśmy się jak dzikie surykatki. To krok w dobrym kierunku i jak tylko kolejka przed centrum Kopernika nie będzie przechodzić przez trzy dzielnice, to udamy się też i tam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz