W sobotę wybraliśmy się na zorganizowaną przez miejscowy ESN kolejową wycieczkę do miejscowości Taevaskoja. Naszym pierwszym przystankiem był dworzec kolejowy w Tartu. Czuć w nim było ducha carskiej kolei, ale jednocześnie zwiedzając go nieco, odczuliśmy pewne zdziwienie - toaleta nie dość, że była zadbana, to jeszcze bezpłatna! Dziwna sprawa. Co więcej, bilet dało się kupić w pociągu (bez dopłaty), a przemiła pani konduktor rozumiała angielski i w dodatku doradzała nam jaki bilet kupić, żeby było najtaniej.
Nabrawszy podejrzeń, co do tego czy taki standard kolei naprawdę istnieje, a nie tylko nam się śni, przebyliśmy w godzinę trasę około 40 kilometrów i dotarliśmy do Taevaskoja. Malutka stacja, a zaraz za nią las. Dziarsko weszliśmy w puszczę i stwierdziliśmy, że las jak las i wiele się od polskiego nie różni. Po kilkudziesięciu minutach marszu dotarliśmy do jeziora, w okolicach którego znajdowało się źródło. Wg starej estońskiej legendy, kto napije się wody z tego źródła, będzie wiecznie młody. Oboje się napiliśmy, w efekcie czego Sebastian odczuł znaczne zmniejszenie się zakoli.
Docelowym punktem naszej wędrówki była polana u stóp urokliwej formacji skalnej, przypominającej polskie formy krasowe. Cała grupa rozsiadła się wygodnie, aby nieco odpocząć, nieliczni rozpalili grilla i przygotowali kiełbachy, reszta konsumowała co miała w zanadrzu. Po godzinie odpoczynku ESN-owi organizatorzy zapytali czy nie chcemy wybrać się na mały 5-6 kilometrowy hajking po okolicy. I tu zaczęła się zabawa. Wędrując po krętych leśnych szlakach, potykając się o rozliczne korzenie (w międzyczasie znajdując dwa podgrzybki), ślizgając się po wilgotnym mchu, w pewnym momencie zauważyliśmy, że nasza wannabe przewodniczka coraz częściej przystaje. Po półtorej godziny takiej wędrówki, okazało się, że się zgubiliśmy, organizatorzy nie znają okolicy, pobliscy mieszkańcy też nic nie wiedzą i ogólnie kaplica. Dodatkowej pikanterii dodawał fakt, że do odjazdu ostatniego pociągu pozostawało niewiele czasu i musimy się sprężyć, aby nań zdążyć (co było trudne, z racji tego, że nikt nie wiedział w którą stronę iść).
W ruch poszły komórki, google mapsy i systemy GPS. Organizatorzy prowadzili nas przez bagna, pola i podmokłe łąki. W butach zrobiło mi się błoto, byłam zmęczona, wściekła i przemoczona. Ale trzeba było iść. W końcu pewien nie mniej poirytowany Czech postanowił przejąć inicjatywę, wcielić się w rolę tymczasowego przewodnika i udało mu się krętymi ścieżkami doprowadzić nas w to miejsce, z którego wchodziliśmy do lasu. Pozostawała jednak kwestia pociągu, ponieważ od właściwej puszczy do stacji było ok. 1,5 kilometra. Ścisnęliśmy z Sebastianem poślady, wrzuciliśmy piąty bieg i spróbowaliśmy dotrzeć w miarę szybko na stację. Niestety spóźniliśmy się około 10 minut.
Pozostało nam (i kilku innym osobom, które porwały się na ten desperacki czyn) siedzieć i czekać 3,5 godziny na autobus w stronę Tartu. Dobrze chociaż, że tutaj ESN nie dał ciała, bo udało im się załatwić prywatny autobus, który tylko po godzinie czekania zabrał nas w drogę powrotną pod sam akademik.
Reasumując, mamy chociaż trochę grzybów na bigos, moje buty nadają się tylko do pralki, a niekwestionowanym hymnem wyjazdu dedykowanym przez wszystkich ESN-owi została ta piosenka:
I jak zwykle kilka zdjęć:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz