środa, 17 października 2012

Pierwszy gość!

Stało się. W zeszły czwartek przybył do nas pierwszy długo wyczekiwany gość - moja mama. Wraz z nią przybyły 2 litry polskiej wódki i nalewek (rodzinna duma - pigwówka) oraz żurek instant, szarlotka i mleko UHT. W skrócie mówiąc, same najpotrzebniejsze studentowi rzeczy. Trochę żałuję, że reszta mojej rodziny nie przyjechała, ale byznes ys byznes i nic na to nie poradzę.

Gościa należało przyjąć z wszelkimi honorami, zatem zaoferowaliśmy mojej mamie pakiet all-inclusive. Nocleg, pełne wyżywienie, a także zwiedzanie z nami w roli przewodników (za darmo!). Jeśli chodzi o zwiedzanie to pogoda trafiła nam się zupełnie nieestońska - przez cały weekend przyjemnie świeciło słońce,  choć temperatura była dość niska, a deszcz padał tylko wtedy, gdy zwiedzaliśmy wnętrza. Zatem postanowiliśmy pokazać to, co miasto ma najlepsze.

Bajkowo
Tęcza też była!
Oprócz typowych evergreenów, typu: ratusz, stare miasto, budynki uniwersytetu, czy mosty anioła i diabła, wybraliśmy się również do ruin katedry, Muzeum Historii Uniwersytetu w Tartu, na dworzec kolejowy i do  ogrodu botanicznego. Okazało się, że trafiliśmy na jedyny dzień w tygodniu kiedy tarasy widokowe w ruinach katedry są dostępne dla zwiedzających. Z lubością przystąpiliśmy do wspinania się po stromych schodkach, aby dostać się na szczyty wież katedry i podziwiać panoramę Tartu. W międzyczasie zahaczyliśmy o mini-wystawę znajdującą się po drodze, z której to dowiedzieliśmy się, że odbudową tego, co zostało z katedry zajmowała się firma Budimex, z Polski. Inżynier Karwowski by tego lepiej nie wymyślił. Ale muszę przyznać, że Polacy robotę odwalili znakomicie - zapomnieli tylko o oznakowaniu w jakiś sposób niskiego sklepienia przy jednym wejściu na schody, czego efektem było nabicie sobie przeze mnie guza. Tak się rymsnęłam, że aż mi zęby szczęknęły i myślałam, że będę musiała je zbierać z podłogi. Niebezpieczne robili te średniowieczne budowle. Ale widoki były tego warte.

Like mother, like daughter
Sebastian wypuszczający rękawiczkę pokoju
W Muzeum Historii zwiedziliśmy wszystko, co mieli; zwłaszcza podobała mi się wystawa prezentująca znakomitości skarbca Uniwersytetu oraz ekspozycja prezentująca życie studentów Uniwersytetu na przestrzeni lat (znaleźliśmy tam jeden polski smaczek, który bardzo mi przypadł do gustu).

Najbardziej ze wszystkich zabytków mojej mamie spodobał się chyba dworzec kolejowy. Chwaliła, że ładny, że czysty, że ma duszę, że drzwi dębowe, a klamki złote. Cóż, widać kolej nie musi mieć miliardów połączeń i pasażerów na dzień, aby reprezentować sobą pewien standard. Szkoda, że Polsce dworce wyglądają jakby potrzebowały reanimacji.
 
Tartuski kiciuś spotkany w drodze na dworzec
Ostatnią miłą rzeczą na zakończenie dnia było spotkanie perskiej kotki szylkretowej typu tricolor, która spacerowała sobie ulicą, a nasze zawołania "kici-kici" dziarsko i bez żadnego czajenia się podbiegła, aby się przywitać i dać się nieco pogłaskać (chyba jej się podobało, bo cały czas mruczała).

 

W przyszłym tygodniu przewidujemy wizytację rodziców mojego partnera blogowego, także stay tuned. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz