Stało się. W
zeszły czwartek przybył do nas pierwszy długo wyczekiwany gość - moja mama.
Wraz z nią przybyły 2 litry polskiej wódki i nalewek (rodzinna duma - pigwówka)
oraz żurek instant, szarlotka i mleko UHT. W skrócie mówiąc, same
najpotrzebniejsze studentowi rzeczy. Trochę żałuję, że reszta mojej rodziny nie
przyjechała, ale byznes ys byznes i nic na to nie poradzę.
Gościa
należało przyjąć z wszelkimi honorami, zatem zaoferowaliśmy mojej mamie pakiet
all-inclusive. Nocleg, pełne wyżywienie, a także zwiedzanie z nami w roli
przewodników (za darmo!). Jeśli chodzi o zwiedzanie to pogoda trafiła nam się
zupełnie nieestońska - przez cały weekend przyjemnie świeciło słońce,
choć temperatura była dość niska, a deszcz padał tylko wtedy, gdy zwiedzaliśmy
wnętrza. Zatem postanowiliśmy pokazać to, co miasto ma najlepsze.
| Bajkowo |
| Tęcza też była! |
Oprócz typowych
evergreenów, typu: ratusz, stare miasto, budynki uniwersytetu, czy mosty anioła
i diabła, wybraliśmy się również do ruin katedry, Muzeum Historii Uniwersytetu
w Tartu, na dworzec kolejowy i do ogrodu botanicznego. Okazało się, że
trafiliśmy na jedyny dzień w tygodniu kiedy tarasy widokowe w ruinach katedry
są dostępne dla zwiedzających. Z lubością przystąpiliśmy do wspinania się po stromych
schodkach, aby dostać się na szczyty wież katedry i podziwiać panoramę Tartu. W
międzyczasie zahaczyliśmy o mini-wystawę znajdującą się po drodze, z której to
dowiedzieliśmy się, że odbudową tego, co zostało z katedry zajmowała się firma
Budimex, z Polski. Inżynier Karwowski by tego lepiej nie wymyślił. Ale muszę
przyznać, że Polacy robotę odwalili znakomicie - zapomnieli tylko o oznakowaniu
w jakiś sposób niskiego sklepienia przy jednym wejściu na schody, czego efektem
było nabicie sobie przeze mnie guza. Tak się rymsnęłam, że aż mi zęby
szczęknęły i myślałam, że będę musiała je zbierać z podłogi. Niebezpieczne
robili te średniowieczne budowle. Ale widoki były tego warte.
| Like mother, like daughter |
| Sebastian wypuszczający rękawiczkę pokoju |
W Muzeum
Historii zwiedziliśmy wszystko, co mieli; zwłaszcza podobała mi się wystawa
prezentująca znakomitości skarbca Uniwersytetu oraz ekspozycja prezentująca
życie studentów Uniwersytetu na przestrzeni lat (znaleźliśmy tam jeden polski
smaczek, który bardzo mi przypadł do gustu).
Najbardziej ze wszystkich
zabytków mojej mamie spodobał się chyba dworzec kolejowy. Chwaliła, że ładny,
że czysty, że ma duszę, że drzwi dębowe, a klamki złote. Cóż, widać kolej nie
musi mieć miliardów połączeń i pasażerów na dzień, aby reprezentować sobą
pewien standard. Szkoda, że Polsce dworce wyglądają jakby potrzebowały
reanimacji.
| Tartuski kiciuś spotkany w drodze na dworzec |
Ostatnią miłą rzeczą na
zakończenie dnia było spotkanie perskiej kotki szylkretowej typu tricolor,
która spacerowała sobie ulicą, a nasze zawołania "kici-kici" dziarsko
i bez żadnego czajenia się podbiegła, aby się przywitać i dać się nieco
pogłaskać (chyba jej się podobało, bo cały czas mruczała).
W przyszłym tygodniu
przewidujemy wizytację rodziców mojego partnera blogowego, także stay tuned.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz