Mieliśmy już dość wiecznego siedzenia na tyłkach spowodowanego deszczową pogodą, zatem Sebastian zarekomendował: "Słońce czy deszcz, nie ma bata - jedziemy!". I pojechaliśmy! Wybraliśmy miejsce o nazwie Ilumetsa, czyli niewielką miejscowość na południe od Tartu, do której można dojechać pociągiem w ciągu około godziny.
Mała dygresyjka na temat estońskiej kolei. Kolej w Estonii została zbudowana przez Rosjan, zatem sytuacja ma się tutaj, jak w Polsce wschodniej, a nawet gorzej. Pojedynczy szeroki tor, trzy linie kolejowe na krzyż i średnio dwa kursy na dzień. Ponieważ w stronę Ilumetsy odjeżdżały z Tartu dwa pociągi w ciągu dnia (poranny i wieczorny), natomiast pociągów powrotnych było... sztuk jeden, wycieczkę trzeba było dopracować w każdym szczególe. Jednak dodam również, że cała linia została niedawno zmodernizowana i każda stacja została kompletnie wyremontowana (a wręcz zbudowana od zera), wyglądała naprawdę ładnie, czysto, a sama podróż była przyjemnością.
Kilka słów o celu naszej podróży: Estonia jest uważana za kraj o największej gdzie znajduje się najwięcej
śladów po uderzeniach meteorytów na metr kwadratowy. Więc dlaczego
Ilumetsa? Ano właśnie tam jest największy krater (ok. 70 metrów
średnicy), powstały po uderzeniu meteorytu jakieś 600 lat temu (dziura
jest, a co się stało z meteorytem - nie wiem). Estończykom udało się z tego zrobić całkiem ciekawą atrakcję turystyczną. Według legendy uważa się, że krater po uderzeniu meteorytu jest pierwszym stopniem prowadzącym do piekieł, więc wzdłuż ścieżki w lesie prowadzącej do krateru co i rusz natrafialiśmy na wyrzeźbione w drewnie diabełki i chochliki.
Okazało się, że zwiedzanie lasu, krateru i spacer okolicznymi dróżkami zajął nam godzinę z kawałkiem, a do pociągu powrotnego zostały nam dwie godziny czekania, zatem udaliśmy się na peron, rozsiedliśmy się wygodnie, wyciągnęliśmy książki do estońskiego i uczyliśmy się do klasówki, która miała się odbyć następnego dnia. Nagle znikąd pojawił się pociąg. W miarę zbliżania się do nas okazało się, że to zwykły towarowy, który ani myślał zwolnić przed stacją i przejechał z pełnym impetem jakieś 1,5 metra od nas. Mało co nie pofrunęliśmy z tej stacji razem z nim, musiałam kurczowo trzymać moje manele, bo bałam się, że mi je gdzieś wywieje. Przejazd następnego pociągu towarowego przeczekałam za wiatą z pleksi i to był zdecydowanie dobry pomysł.
Tak oto spędziliśmy nasz dzień jak prawdziwi polscy katolicy - na zwiedzaniu bram piekieł.
Część, na którą wszyscy czekają - zdjęcia!
| No dół. |
| Ciężka nauka, wręcz rycie. |
| Ok, może nie do końca TYLKO się uczyliśmy... |
| Sprawca mojego upodlenia, obiekt mej zemsty |
| Tak wyglądałam po przejeździe kolosa. Mina pozowana, żeby nie było! |
| Jakkolwiek by to nie brzmiało, za wiatą znaleźliśmy czyjeś grzyby. |
| Czasem słońce, czasem deszcz |
Jak tam zielono w tej Estonii! A jak Wam z językiem idzie? (;
OdpowiedzUsuńRozkmina z grzybami, haha <3
Nauka nie jest łatwa, jeśli język ma 14 przypadków, a i same czasowniki posiadają po dwa różne bezokoliczniki :P Ogólnie estoński jest mało intuicyjny, ale z pierwszej klasówki dostałam A, więc chyba idzie mi całkiem nieźle :)
Usuń