niedziela, 13 stycznia 2013

Z impetem w nowy rok

Po intensywnym, świątecznym utuczeniu powróciliśmy do Tartu. Dziwne to uczucie, niby daleko od domu, a jednak po tak długim czasie uważa się już to miejsce za "swoje". Podróż w obie strony była dla mnie wyjątkowa - pierwsza podróż Polskimi Liniami Lotniczymi (być może już niedługo świętej pamięci :D ). Od jakiegoś czasu planowaliśmy spędzić ostatni dzień roku w akademiku, bo do tej pory jakoś nigdy się nie złożyło. Odpowiednio wystrojeni udaliśmy się piętro wyżej gdzie w miłej i wesołej atmosferze czekaliśmy na północ. Tartu jest takim miastem,  w którym każdy wie gdzie się udać podczas ważnych wydarzeń - na rynek! Nie pomieścił on jednak wszystkich chętnych, dlatego gawiedź rozlała się po obu stronach Rzeki Matki, blisko łukowatego mostu. Potem oczywiście fajerwerki (które Estończycy odpalali dosłownie dzień w dzień przez cały grudzień!) i zapach siarki w powietrzu. W pierwszych godzinach nowych roku akademikowi bywalcy rozproszyli się jednak po różnych miejscach i już nie zdołali się zebrać z powrotem w jednym punkcie. 

Jeszcze przed świętami udaliśmy się na świąteczny targ w Tallinnie (i zupełnie przy okazji na koncert Muse), który był w niektórych miejscach uznawany za najlepszy w Europie. Trzeba powiedzieć, że trochę na wyrost. Po pierwsze, miejsce nie odbiegało zbytnio od straganów na Krupówkach (zarówno pod względem asortymentu jak i wrażeń optycznych), po drugie, prawdopodobnie nie było sprzedawcy, który nie byłby z Rosji. Daleki jestem od ksenofobii, ale dziwna to sytuacja, gdy obcy naród rozbija sobie przed świętami targ w centrum stolicy. Sytuację próbowały ratować renifery, śnieg, mróz i ORP Orzeł. 



Renifeły


Zdradzeni o świcie

Próbowaliśmy pójść śladem Roberta Makłowicza i zjeść posiłek w słynnej restauracji Balthasar, która słynie z tego, że każda potrawa (łącznie z lodami) jest podawana z czosnkiem. Niestety "nie było dla nich miejsca w gospodzie". O koncercie Muse pisałem już w innym miejscu, zatem nie ma co się powtarzać, nadmienię tylko, że był jak najbardziej udany (pomimo złamanej stopy wokalisty - fujary), a sama hala bardzo sprzyjająca koncertom (strome trybuny i dobra widoczność nawet z samego końca płyty). Hołdując zasadzie, że warto robić coś po raz pierwszy, gdy jest na to okazja, Współautorka bloga przejechała się po raz pierwszy trolejbusem. Później wyznała, że bała się o własne zdrowie podczas jazdy.

Pierwszy tydzień stycznia spędziliśmy pracowicie (albo przynajmniej próbując być pracowitymi) pisząc różne eseje, które, nie wiedzieć czemu, były od nas wymagane na zaliczenie co po niektórych przedmiotów na goszczącym nas uniwersytecie. Po tych trudnych chwilach zajęliśmy się jednak eksploracją bliższych i dalszych okolic. 

Naszym pierwszym celem zostało miasto Võru. Leży ono oczywiście nad jeziorem na południu kraju i w dodatku jest stolicą "województwa", co brzmi dumnie, zważywszy, że liczy sobie jeno 14 tysięcy mieszkańców. Miasto co i rusz było przez nas porównywane do Łomży, zwłaszcza przez Gosię, która architekturę tego polskiego miasta zna bardzo dobrze z autopsji. Mieścina cicha i spokojna choć potrafi zaskoczyć. Pierwszym zaskoczeniem był pomnik ku pamięci ofiar zatonięcia statku ESTONIA w 1994. Pomnik dziwnie przypominał jeden z tych, które upamiętniają inną, późniejszą katastrofę w innym kraju. 
Źródło: http://www.voru.ee/files/Eston_uus.jpg
Drugim zaskoczeniem był złotozębny autochton, który pragnął aktywnego kontaktu z przypadkowymi przechodniami i za cel ataku wybrał nas. Za nic miał naszą jeszcze-nie-biegłą znajomość estońskiego i zasypywał nas utyskiwaniami dotyczącymi lokalnej polityki. Na szczęście nasze drogi rozeszły się na najbliższym skrzyżowaniu. Był też podwieszany most donikąd i panowie przeręblowcy. Podróż zwieńczyliśmy w przytulnej kawiarni "Muffin kohvik", w której natknęliśmy się na rewelacyjną promocję: duży kawał ciasta za jedno ojro! Brać, wybierać, nie narzekać.
F.R. Kreutzwald - autor narodowej epopei "Kalevipoeg"





Owłos będzie skakał!


Jak się nam poszczęści, to jutro podczas podróży za koło podbiegunowe uda się naskrobać coś o naszych pozostałych styczniowych podbojach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz